świadectwa

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ksiądz odpowiada: Ale zanim definitywnie opuścisz kościół, chciałbym, żebyś wyświadczył mi jedną drobną przysługę…

Kto nigdy nie utyskiwał na fałszujący chór, księdza, który mówi za długo albo na sąsiada, który ośmiela się wyjąć komórkę podczas mszy świętej? Wiele osób ma ochotę obrazić się i wyjść z kościoła. Ks. Matthieu Lefrançois, proboszcz parafii Saint-Serge w Angers znalazł poniższy dialog, który zachęca do spotkania z Chrystusem:

Czytaj także: „Weźcie się do roboty”. Kazanie proboszcza, które spowodowało boom narodzin

Młody człowiek idzie do księdza i mówi:
– Proszę księdza, nie pójdę już więcej do kościoła!

Ksiądz pyta:
– Tak? A możesz mi powiedzieć, dlaczego?

Młody człowiek odpowiada:
– O mój Boże, tu widzę kobietę, która mówi mi źle o innej siostrze, tam – faceta, który słabo czyta, chór podzielony i fałszujący, ludzie podczas mszy patrzą w komórki, nie wspominając o ich wyniosłym i egoistycznym zachowaniu poza kościołem…

Ksiądz odpowiada:
– Masz rację. Ale zanim definitywnie opuścisz kościół, chciałbym, żebyś wyświadczył mi przysługę: weź szklankę pełną wody i okrąż trzy razy kościół, nie wylewając z niej ani kropli. Potem możesz opuścić kościół.

– To łatwe! – woła młody człowiek.
Zrobił trzy okrążenia, jak ksiądz prosił, wraca i mówi:
– Zrobione, proszę księdza.

A ksiądz pyta:
– Kiedy okrążałeś kościół ze szklanką wody, zauważyłeś, że jakaś kobieta źle o kimś mówiła?
– Nie.
– Widziałeś ludzi obojętnych wobec innych w kościele?
– Nie.
– Wiesz, dlaczego? Bo byłeś skoncentrowany na szklance, by nie uronić z niej ani kropli. Wiesz… podobnie jest w naszym życiu. Kiedy nasze serca koncentrują się na Chrystusie, nie mamy czasu dostrzegać błędów innych. Kto wychodzi z kościoła z powodu zakłamanych chrześcijan, nigdy nie wszedł do niego naprawdę z powodu Jezusa.

 

 

Pamela Anderson ostro o tym, co zrobiła jej pornografia

 

(fot. youtube.com)

ZOBACZ WIĘCEJJak pornografia wpływa na kobiety? [WIDEO]Jak pornografia wpływa na kobiety? [WIDEO]Dlaczego pornografia jest tak niebezpieczna? [WIDEO]Dlaczego pornografia jest tak niebezpieczna? [WIDEO]Czy to prawda, że Kościół nie lubi seksu?Czy to prawda, że Kościół nie lubi seksu?"Byłem jak prostytutka". Świadectwo mężczyzny, który grał w filmach porno [WIDEO]

Znana aktorka i modelka "Playboya" – Pamela Anderson – postanowiła opowiedzieć o tym, jak szkodliwa jest pornografia i przemysł, który powstał wokół produkcji filmów "dla dorosłych". 

 

Anderson wystąpiła w popularnym w Wielkiej Brytanii talk-show "This Morning" oraz napisała artykuł dla Wall Street Journal, w którym nazwała pornografię "zagrożeniem dla społeczeństwa o wadze nie do przecenienia". 

 

"Jest to eksperyment masowego upodlenia, który niszczy naszą kulturę" – napisała aktorka. Ostrzegła również przed "niszczącymi efektami pornografii na duszę mężczyzny, na jego zdolność do bycia mężem i co za tym idzie – ojcem". 

 

<<7 mitów, które wciska nam porno>>

 

Pamela Anderson odpowiedziała również widzom "This Morning", którzy na żywo komentowali na Twitterze jej słowa o pornografii, twierdząc, że jest "hipokrytką", bo "sama zrobiła na tym pieniądze i sławę". Modelka stwierdziła wówczas: – Czy byliście kiedyś traktowani jak gwiazdka porno w łóżku? To nie jest w ogóle fajne. Policzkowanie, bicie, wyzywanie, plucie. Tak wygląda dzisiaj seks i ja tego doświadczyłam. I nie chcę, by kiedykolwiek to znów miało miejsce. 

 

– Wiem, że jestem częścią tego problemu i prawdopodobnie powinnam zostać zdyskwalifikowana w tej sytuacji. Byłam w Playboyu, skradziono nagranie z mojego domu, które było wykorzystane na całym świecie – mówiła Anderson – Żałuję pewnych rzeczy w moim życiu, ale czuję się też bardzo dobrze z tym, że mam taką perspektywę. To wszystko jednak dzięki temu, że jestem produktem tego przemysłu, że byłam traktowana jak przedmiot. [To dzięki temu] mam prawo, by wypowiadać się na ten temat.

 

Pamela Anderson zwróciła również uwagę na fakt, że pornografia niszczy powszechnie relacje seksualne: – Każdy chce być pożądany w relacji. To kwestia numer jeden – mówiła aktorka – A to właśnie pornografia ją niszczy. Chłopcy i dziewczęta są najbardziej narażeni na jej wpływ. Oglądając te obrazy, zaczynają myśleć: "to właśnie tak powinna wyglądać relacja seksualna". A jest to ogromny fałsz.

 

– Dostęp do porno jest tak duży, że ludzie zostają oderwani od zmysłowości, doświadczenia – mówiła Pamela Anderson – Powodują to te liczne obrazy, które stają się coraz dziwniejsze. To naprawdę poważna sprawa.

 

 

Sprawdź, czy masz problem z alkoholem

 

 

Matt Talbot. Walczysz z jakimś nałogiem? Poznaj zwycięską historię „patrona alkoholików”

 

https://pl.aleteia.org/2017/11/06/alkoholiczki-co-to-znaczy-pic-po-kobiecemu/

 

 

Ks. Łukasz Kachnowicz: Czego się nauczyłem od anonimowych alkoholików

 

 

 

 

Egzorcysta informuje: takie podejście do modlitwy różańcowej jest błędne

 

ks. Sławomir Sosnowski 

14.10.2017 08:00

 

Takie traktowanie różańca jest błędne i świadczy o tym, że źle podchodzimy do naszej wiary. Dowiedz się, jak tego unikać.

 

 

 

 

 https://www.youtube.com/watch?v=l9OZPLEahYk

 

TA HISTORIA WYDARZYŁA SIĘ NAPRAWDĘ…
Działo się to w Polsce. Podczas II Wojny Światowej zginęło w Polsce miliony mieszkańców (35 mln Polaków było w 1939r., a w  1945 r. już tylko 23 mln). Ludzie umierali na frontach wojny, podczas bombardowań miast i wsi, ginęli w obozach koncentracyjnych, więzieniach, byli rozstrzeliwani, wieszani na ulicach, ginęli od mrozu, głodu w obozach śmierci. Pojawienie się żołnierzy niemieckich w jakiejś miejscowości oznaczało śmierć nawet wielu mieszkańców.  Są w Polsce miejscowości, parafie, które straciły nawet do 60 – 80% mieszkańców.

JEST TYLKO JEDNA PARAFIA W POLSCE, KTÓREJ MIESZKAŃCY NIE ZAZNALI W/W NIESZCZĘŚĆ I TRAGEDII
-Nikt z tej parafii nie zginął w czasie wojny!
-Wszyscy żołnierze powrócili z wojny do swoich rodzin!
-Przez cały czas wojny, żaden Niemiec nie przekroczył granicy tej parafii!
TO JEST CUD! Jak to się stało, że ta parafia doznała tego cudu?

Parafia ta nazywa się Garnek. Leży w centrum Polski, około 70 km od Warszawy. W 1939r. liczyła 7 tys. mieszkańców. W dniu wybuchu II Wojny Światowej w tamtejszym kościele zgromadziło się niewiele ludzi na Mszy świętej, a był to pierwszy piątek miesiąca.

Proboszcz do zgromadzonych w kościele ludzi powiedział wtedy takie słowa:

Dziś Niemcy pod wodzą Hitlera zaatakowały Polskę. Hitler wyrządzi straszliwe zło Polsce i całej Europie. Zginą miliony ludzi, Europa ulegnie wielkiemu zniszczeniu. Czy jest jakiś ratunek? Czy możemy uniknąć śmierci, uratować nasze domy, gospodarstwa, zakłady pracy? Tak, jest ratunek! Tym ratunkiem jest różaniec przed wystawionym w monstrancji Najświętszym Sakramentem! Od dzisiaj, aż do końca wojny, (nie wiemy ile będzie trwać ta wojna), każdego dnia w naszym kościele będzie odmawiany Różaniec przed wystawionym Najświętszym Sakramentem. Zapraszam wszystkich każdego dnia na to nabożeństwo.
Wojna trwała 6 lat, Różaniec w kościele trwał 6 lat. Proboszcz podał ludziom godzinę nabożeństwa. Odmawiali cząstkę Różańca (5 tajemnic), a po nim proboszcz udzielał błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem. Początkowo ludzi było niewiele, ale w miarę upływu wojny przychodziło coraz więcej. Kościół codziennie był zapełniony ludźmi. Gdy spostrzeżono, jaka jest potęga tego nabożeństwa, tzn. że nikt z tej parafii nie zginął (w innych zginęło już wielu), na Różaniec codziennie gromadziło się tyle ludzi, że kościół nie mógł wszystkich pomieścić!

Nie było w Polsce miejscowości, do której nie dotarli żołnierze niemieccy w czasie wojny. Nawet do najdalej położonych wiosek, 300-400 km od Warszawy. Docierali nawet do tych wiosek, które nie miały szosy (dojeżdżali końmi), a ta parafia jest w centrum Polski, tak blisko Warszawy. A więc: JAK WIELKA JEST POTĘGA MODLITWY RÓŻAŃCOWEJ W KOŚCIELE PRZED WYSTAWIONYM NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM!

Z tej parafii przed IX 1939r. wielu młodych mężczyzn zostało zmobilizowanych do wojska. Jedni walczyli (we wrześniu 1939r). z Niemcami, inni z Rosjanami. Nikt z nich nie zginął na froncie! Część z nich wróciła do domów po ustaniu walk, część dostała się do niewoli. Jedni byli w obozach niemieckich, inni w rosyjskich, również na dalekiej Syberii. Wszyscy powrócili do swoich rodzin! A więc cudowną opieką modlitwy różańcowej zostali otoczeni żołnierze z tej parafii, którzy byli nawet kilkanaście tys. km od niej (Syberia).

Jak to wszystko zrozumieć? Jak to wszystko wytłumaczyć? Można stwierdzić z całą pewnością, że Różaniec w kościele przed wystawionym w monstrancji Najświętszym Sakramentem jest wielką potęgą. Okazał się silniejszy, niż wszystkie bomby, czołgi, armaty, karabiny maszynowe itp. Silniejszy niż cała potęga hitlerowskich Niemiec.
 

 

 

Matka Teresa napisała do Polaków tylko jeden list. Bardzo mocne słowa świętej

 

Matka Teresa z Kalkuty / 

03.10.2017 

 

(fot. wikimedia.org / © 1986 Túrelio / CC BY-SA 2.0 de)

ZOBACZ WIĘCEJ4 myśli o aborcji i ochronie życia4 myśli o aborcji i ochronie życiaTo jeden z najmocniejszych wpisów o aborcjiTo jeden z najmocniejszych wpisów o aborcjiDo kobiet myślących o aborcjiDo kobiet myślących o aborcjiWłaśnie od tego trzeba zacząć ochronę życia [WIDEO]Właśnie od tego trzeba zacząć ochronę życia [WIDEO]

Matka Teresa rok przed śmiercią opublikowała list do Polaków. Była świadkiem toczącej się wówczas debaty nad zmianami prawnymi o ochronie życia. List z Kalkuty nie dotyczył jednak wyłącznie aborcji. Święta dotknęła czegoś bardzo ważnego.

 

List został napisany niemal dokładnie 20 lat temu – 24 września 1996 roku. Potwierdziła to przełożona wspólnoty sióstr Misjonarek Miłości w Łodzi, s. M. Diśmas Rager. Jak mówiła, Matka Teresa była wówczas poruszona debatą nad zmianą ustawy o ochronie życia, która toczyła się w Polsce.

 

Święta leżała już wówczas w szpitalu. Zmarła niecały rok później, 5 września 1997 roku. 

 

 

– Życie jest najpiękniejszym darem Boga. On stworzył nas do wielkich rzeczy, aby kochać i być kochanym. Bóg daje nam czas na ziemi, abyśmy poznali Jego Miłość, abyśmy doświadczyli Jego Miłości do głębi naszego istnienia – pisała Matka Teresa. Dodała również, że ten dar od Boga nie jest tylko dla nas, ale po to "abyśmy Go kochali, byśmy kochali naszych braci i siostry".

 

Święta wskazała również, że nie można bać się życia małego dziecka ze względu na pragnienie "wygodniejszego życia" czy "wolności": – Bać się należy jedynie łamania Bożych praw, ponieważ Bóg w swojej nieskończonej i czułej miłości pragnie tylko naszego dobra, naszego szczęścia, naszej miłości – pisała Matka Teresa.

 

Święta napisała również o wyzwaniu i zadaniu czekającym przed Polakami: – Moi kochani Polacy! Uczcie swoich młodych kochać Boga. Uczcie ich modlić się. A jeśli będziecie trzymać się razem, będziecie kochać się wzajemnie taką miłością, jaką Bóg kocha każdego z nas. Z całych sił starajmy się utrzymać jedność polskich rodzin. Wnośmy prawdziwy pokój w naszą rodzinę, otoczenie, miasto, kraj, w świat.

 

Wskazała, że ochrona życia nie dotyczy tylko jedności i wnoszenia pokoju, ale że zaczyna się od kochania "małego dziecka już w łonie matki": – tym, co najbardziej niszczy pokój we współczesnym świecie, jest aborcja, ponieważ jeżeli matka może zabić swoje własne dziecko, co może powstrzymać Ciebie i mnie od zabijania się nawzajem? Najbezpieczniejszym miejscem na świecie powinno być łono matki, gdzie dziecko jest najsłabsze i najbardziej bezradne, w pełni zaufania całkowicie zdane na matkę.

 

<<Obejrzyj także: Matka Teresa – aborcja zabija sumienie matki>>

 

– Ofiarowuję wszystkie swoje cierpienia, wynikające z choroby i bezradności, abyście dokonali prawidłowego wyboru – abyście wybrali życie, zgodnie z wolą Bożą – napisała Matka Teresa…

 

 

Dlaczego warto odmawiać różaniec i ufać Maryi?

Piotr Luma 

04.10.2017 08:45

 

(fot. shutterstock.com)

ZOBACZ WIĘCEJTo stanie się, jeśli przez 30 dni będziesz odmawiać różaniecTo stanie się, jeśli przez 30 dni będziesz odmawiać różaniecFranciszek zachęcił Polaków do modlitwy różańcowejFranciszek zachęcił Polaków do modlitwy różańcowejDlaczego chrześcijanin nie powinien się porównywać z niektórymi świętymi? [WIDEO]Dlaczego chrześcijanin nie powinien się porównywać z niektórymi świętymi? [WIDEO]Różaniec to najpopularniejsza modlitwa maryjna w Polsce. Przeprowadzono specjalne badaniaRóżaniec to najpopularniejsza modlitwa maryjna w Polsce. Przeprowadzono specjalne badania

Zgodnie z obietnicą Matki Bożej nawet jeśli będziesz jedną nogą w piekle, to Ona cię z tego bagna wyciągnie. Poznaj kilka przykładów, które dowodzą, że to prawda.

 

Różaniec jest dla każdego – mówi Dorota z parafii Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Dębem Wielkim, żona i mama trojga dzieci. Do wspólnej modlitwy dziesiątkiem różańca zaproszeni są wszyscy: małżonkowie bezdzietni, rodziny, osoby samotne, szukające swojej drogi życia, ale także żyjące bez sakramentów, gdzieś poza Kościołem, jako osoby rozwiedzione.

 

Do parafii Doroty przyjechała grupa ewangelizacyjna głosząca świadectwa o mocy i sile modlitwy różańcowej. W tej grupie była Aneta. To kobieta ogień. Jej miłość do Matki Bożej widać już przy pierwszym kontakcie. Od razu wręcza dziesiątek różańca z przetopionych plastikowych nakrętek, zrobiony przez jedną z osób ze wspólnoty; różaniec tym cenniejszy, bo poświęcony przez abp. Henryka Hosera SAC podczas Mszy świętej na Jasnej Górze. "Te różańce są wyjątkowe, nawet osoby niechodzące do kościoła je biorą" – mówi. Inna sprawa, że Aneta rozdaje je wszystkim, na przykład matce z dziećmi na ulicy czy taksówkarzowi. "Rzadko ktoś odmawia przyjęcia" – zapewnia. Aneta, matka dorosłej córki, samotnie wychowująca syna, ma taki charyzmat, że dzieli się dobrem, które otrzymała, czyniąc to w sposób niezwykle autentyczny i radosny.

 

Jak to się zaczęło?

 

Dorota, słuchając świadectw, poczuła zaproszenie, aby wstąpić do róży rodzinnej. Jednak nie przyszło jej to łatwo. Przez cztery miesiące broniła się przed nowym zaangażowaniem. Obawiała się odpowiedzialności, wstydziła się, co powiedzą inni, gdy się dowiedzą, że modli się różańcem "jak starsze panie", i co powie mąż. W tym samym czasie przeżywała osobisty kryzys wiary, związany z codziennymi kłopotami i niespodziewaną chorobą mamy (rak piersi).

 

Marzeniem Doroty zawsze było pojechać na misje. Jedna z sióstr zakonnych, z którymi pracuje, powiedziała jej, że ma misję w Polsce. Choć wtedy jeszcze tego nie rozumiała, wkrótce zaczęła odnajdywać ją w dziele Maryi, do którego Ona ją pociągnęła. W tym trudnym dla siebie momencie życia postanowiła zaryzykować. Założyła różę wśród koleżanek. Codziennie modliła się za chorą mamę, która przechodziła ciężką chemioterapię. Do modlitwy za babcię włączyły się dzieci. Równocześnie powstawały kolejne róże. Owoce wspólnej modlitwy przeszły oczekiwania Doroty. W ciągu niespełna trzech lat w parafii postało dziewięć róż. Po dwóch latach mama została uzdrowiona. "Czuje się dobrze i ma dobre wyniki, to cud wymodlony przeze mnie, dzieci i wspólnotę" – mówi córka. Dorota wszystko robi dla Maryi. To Maryja uczy ją, jak być dobrą żoną i matką, a kto się Jej zawierzy, tego Ona nigdy nie zawiedzie. Maryja jest dla niej Najlepszą Przyjaciółką, która w łączności z Duchem Świętym prowadzi ją i czyni jej pielgrzymkę do nieba piękniejszą.

 

Przebaczenie z serca

 

Aneta również odzyskała swoją mamę dzięki Maryi. Jej życie było bardzo bolesne. Wychowała się w rodzinie alkoholowej. Ojca widziała raz w życiu. Ojczym i mama byli alkoholikami i nic poza piciem się dla nich nie liczyło. Awantury w domu odbywały się codziennie. Na swoich barkach Aneta niosła ciężki krzyż, ale – przyznaje – dziś by go nie zamieniła. Przez całe życie miała pretensje do mamy, dlaczego zgotowała jej taki los. Dopiero w Medjugorie doznała przemiany. Szesnaście lat po śmierci mamy zrozumiała, że musi ją przeprosić. Aneta wie, że nic nie usprawiedliwia zachowania mamy, ale widzi też, że dotąd była skupiona tylko na sobie i na swoim nieszczęściu. Dzięki pielgrzymce do Medjugorie zaczęła dostrzegać dobro, które mama dla niej uczyniła. Wcześniej Aneta szukała miłości nie tam, gdzie potrzeba – w różnych przelotnych związkach i relacjach. Teraz znalazła miłość w Bogu. Cały swój ból oddała Maryi i po szesnastu latach pokochała swoją mamę. Dziś z jej cierpienia Bóg wyprowadził błogosławieństwo – gdy dzieli się z ludźmi swoim trudnym i bolesnym doświadczeniem, chwalą Boga za dobro, które z niego wyprowadził.

 

Aneta, tak jak Dorota, należy do grupy ewangelizacyjnej szerzącej różaniec rodzinny. Jeździ po parafiach w diecezji warszawsko-praskiej i nie tylko i ewangelizuje, zachęcając wszystkich, aby włączyli się w to dzieło, bo – jak mówi – Maryja zaprasza każdego osobiście. Pierwszy cud, jakiego doznała za wstawiennictwem Matki Bożej, to to, że sama przystąpiła do różańca. Był to okres, gdy jej córka żyła w związku niesakramentalnym. Owoce modlitwy były ogromne. Córka wzięła ślub i będąc już w ciąży, wstąpiła do róży. Z kolei syn Anety, który co prawda do kościoła nie chodzi, modli się codziennie dziesiątkiem różańca, bo – jak sam mówi – inaczej nie zaśnie. Anetę tak bardzo przenika potrzeba ewangelizowania, że nawet w obecnym miejscu pracy (również wymodlonym) ma kącik, gdzie na stoliku dla pacjentów rozłożone są obrazki z Matką Bożą Pompejańską i dziesiątkami różańca. Dla Anety cudem jest, że ludzie sięgają po różaniec. Mówi, że zgodnie z obietnicą Maryi nawet jeśli będziesz jedną nogą w piekle, to Ona cię z tego bagna wyciągnie. I cytuje o. Stanisława Przepierskiego OP: "kto się odda Maryi i będzie się modlił na różańcu, zauważy, że wszystkie ważne wydarzenia życiowe są z Nią związane, z jakimś Jej świętem, ze wspomnieniem". Odkąd jest w róży i ewangelizuje, dostrzega małe cuda w codzienności. "Trzeba tylko umieć je zauważać" – wyjaśnia. Opiekunem duchowym grupy ewangelizacyjnej jest bp Marek Solarczyk. Prowadzi formację, a spotkania, w czasie których jest wspólna Eucharystia i dzielenie, odbywają się raz w miesiącu.

 

Słowo moderatora

 

Ks. Maciej Kosewski, moderator rodzinnych róż różańcowych z parafii św. Faustyny w Warszawie na Bródnie, mówi, że specyfiką rodzinnych róż różańcowych jest modlitwa osób (małżonków, ale nie tylko), dla których ważna jest troska o rodzinę, jedność i miłość. Nieraz są to rodziny, w których tylko jedna osoba się modli, a reszta nie jest zainteresowana, ale bardzo często jest tak, że w modlitwie różańcowej uczestniczą pełne rodziny. Często taka modlitwa sprawia, że druga osoba, mniej zaangażowana, włącza się. Ale też dla tej jednej osoby modlącej się jest to przemiana duchowa; zaczyna doświadczać, że Bóg jest kimś konkretnym, osobowym, a nie jakąś teorią. Aneta dodaje, że celem różańca rodzinnego jest także modlitwa za księży i o nowe powołania, bo przyszły kapłan będzie w dużej mierze taki jak rodzina, z której się wywodzi…

 

 

 

 

 

Od wulgaryzmów naszych powszednich…

(fot. shutterstock

"Proszę księdza przeklinałem, więcej grzechów nie pamiętam". Jak rozumieć "przekleństwo" a jak "wulgaryzm"? Jak się okazuje św. Paweł nie przebierał w słowach, gdy naprawdę wpadał w Boży gniew. 

 

Wyobraź sobie taką sytuację: poważna liturgia w kościele w Galacji, I wiek naszej ery. Jakiś czas wcześniej był w tym mieście słynny kaznodzieja i głosiciel – Paweł z Tarsu. Nawrócił ludzi wierzących w wielu bogów na wiarę w zbawiciela Jezusa Chrystusa. Aby dołączyć do tej wiary, wystarczy tylko chrzest, którego udziela im apostoł lub jego uczniowie.

 

Po pobycie tam wyjechał w dalszą podróż i jakiś czas później przybywają do miasta inni nauczyciele, tzw. judeochrześcijanie (żydzi, którzy nawrócili się na chrześcijaństwo). Mówią oni, że aby dostąpić zbawienia, należy się obrzezać. Dochodzi to do Pawła, który do swojej gminy wysyła list. Odczytywany jest podczas liturgii. Zgromadzili się wszyscy członkowie tamtejszego Kościoła. I co słyszą z ambony? "Ci, którzy tak głoszą, niech się do końca obrzezają!" (Ga 5, 12). 

 

A przecież i Jezus nie zawsze był "dyplomatyczny". Bo nie można dyplomacją nazywać określenia swoich rozmówców "grobami pobielanymi". Czyli tak bardziej po naszemu: totalnymi hipokrytami. Znany jest  fragment Listów , w którym św. Paweł mówi, że wszystko, co go oddziela od Chrystusa, uznaje za śmieci, a w oryginale "σκύβαλα", czyli po prostu gówno (Flp 3,7-11) . 

 

Może nie są to w dzisiejszych warunkach aż tak szokujące słowa, mimo wszystko jednak nie jest to język, do którego przywykliśmy w kościelnych ławkach. I jak to, co opisałem powyżej, pogodzić ze słowami samego św. Pawła z Listu do Efezjan: "Niech żadne nieprzyzwoite słowo nie wychodzi z ust waszych, ale tylko dobre, które może budować, gdy zajdzie potrzeba, aby przyniosło błogosławieństwo tym, którzy go słuchają" (Ef 4, 29)? 

 

Więc jak to jest: mamy się spowiadać z tzw. przeklinania czy nie? 

 

Przekleństwo to nie wulgaryzm. Przekleństwo faktycznie jest grzechem i znaczy tyle co życzenie komuś zła. Jeśli na przykład w złości życzyłem komuś śmierci: zgrzeszyłem. Wszelkie gorsze lub mniejsze przypadki do tego się zalicza. Dlaczego? Chrześcijanin ma błogosławić, a nie przeklinać. 

 

Dodam, że w dokumentach Kościoła nie ma nic na temat wulgaryzmów. 

 

Pamiętajmy, że jako chrześcijanie jesteśmy wolni. Nad nami nie siedzi Bóg Ojciec, który słysząc cokolwiek "ostrzejszego" niż "kurka wodna", od razu grozi nam palcem. Nasza wiara nie zależy od pięknej, kwiecistej mowy. Nie mierzy się jej stopniem poprawności polszczyzny (czy jakiegokolwiek języka). Mierzy się ją miłością do Boga. To, czy rzucimy mięsem czy nie, nie zależy od tego, czy ktoś nam powie, że to grzech. 

 

Oczywiście, że moment, w którym używamy popularnego k…a jako przecinka, jest zdecydowaną i oczywistą przesadą. Ale co w sytuacji, w której jest potrzeba, żeby powiedzieć coś dosadnie? Czy Jezus w takim razie grzeszył, wyrażając się w ten a nie inny sposób o faryzeuszach?

 

Ludzie, którzy rezygnowali z Boga na korzyść religii pogańskich, zostali w Księdze Ezechiela porównani do kobiet rozwiązłych. Bóg opisuje ich między innymi takimi słowami: "Zapałała namiętnością do swoich zalotników, których członki były jak członki osłów, a wytrysk ich nasienia jak wytrysk ogierów" (Ez 23, 20). Zdarzało mi się zrezygnować z Boga dla czegoś innego, czasem też złego – więc ten cytat też może być do mnie. Co najmniej wywołuje to rumieńce. 

 

Istnieje granica między szczerym i dosadnym postawieniem sprawy (także z użyciem wulgaryzmów) a obrażaniem kogoś, czego nam robić nie wolno: "Kto by rzekł bratu swemu: Rakka, stanie przed Radą Najwyższą, a kto by rzekł: Głupcze, pójdzie w ogień piekielny" (Mt 5, 22). 

 

 

Maciej Pikor – student, zauroczony w pewnej Książce, szczęśliwy chłopak pięknej dziewczyny, prowadzi bloga zorea.pl

 

Świadectwo- 

Modlitwa i uzależnienie od pornografii

 

 

 

Modlitwa w intencji trudnego małżonka

 

(fot. shutterstock.com)

5 pytań, które ratują małżeństwo przed rozpadem5 pytań, które ratują małżeństwo przed rozpadem

Mówią, że małżeństwo to koniec miłościMówią, że małżeństwo to koniec miłości

Twój kontakt z mężem jest trudny od dłuższego czasu? Wydaje ci się, że twoja żona nie słucha cię i nie jest zainteresowana twoim życiem? A może odkąd pojawiły się dzieci, staliście się dla siebie bardziej obcy. Siądźcie razem i spróbujcie tej pięknej modlitwy. 

 

Ojcze, który nas kochasz, któryś nas ukochał
Zanim dałeś nam życie.
Tobie powierzam wszystko,
Co mam najdroższego, mój Skarb, mojego męża/żonę
Najbliższą mi osobę. Ty kochasz więcej niż ja jestem w stanie pokochać
Ufam Twojej miłości
Otocz ukochanego mojego swoją opieką
I chroń od wszelkiego złego.
Niech Twój Anioł czuwa nad nim i niech Go strzeże
Spraw, by było mu dobrze, zachowaj go w zdrowiu
Dodaj sił i napełnij radością.
Niech go otacza ludzka życzliwość,
Niech na swej drodze spotyka serdeczne
Uśmiechnięte twarze
Opatrzności Boża, Tobie się oddajemy w opiekę
Osłaniaj nas
Doprowadź nas szczęśliwie znowu do siebie
Pomóż nam, Panie, odbudować dom,
w którym Ty zamieszkasz z nami na zawsze.
Wiem, że ludzkie marzenia o szczęściu
Złym zrządzeniem losu mogą obrócić się w niwecz.
Ale ufam Ci i mocy Sakramentu, w którym nas połączyłeś
Ty, który nie zapominasz o liliach polnych i ptakach niebieskich
pamiętaj o nas.
Wierzymy Twojej Miłości
Niech wola Twoja wypełnia się nad nami i w nas
Amen

 

 

 

 

 

 

 

 

 

"Tak odnalazłem sposób na to, by spotkać swoją połówkę"

 

 

Jak znaleźć "drugą połówkę" i szczęśliwie spędzić z nią życie? To proste! Mam niespełna 30 lat i przez wiele lat dążyłem do stworzenia stałego i szczęśliwego związku.

 

Już w czasach liceum poznałem świetną dziewczynę, którą uznałem za "tę jedyną". Nie wyszło. Bardzo cierpiałem, ale po jakimś czasie spotkałem kolejną… i kolejną… i kolejną…

 

Za każdym razem nie wychodziło. Zastanawiałem się, co ze mną jest nie tak. Większość znajomych stworzyła już szczęśliwe związki: narzeczeństwo, ślub, dzieci…

 

Ja byłem nadal sam. Im przybywało mi lat, tym coraz bardziej kurczył się krąg znajomych, a ja stałem w miejscu. Coraz więcej czasu spędzałem przed komputerem. Czat, portale społecznościowe.

 

Wirtualne znajomości stały się centrum mojego życia. Im więcej siedziałem przy komputerze, tym częściej sięgałem po pornografię. Na początku dla przyjemności, ale z czasem zacząłem ją traktować jako alternatywę życia towarzyskiego. Po co szukać nowych znajomych, biegać za dziewczynami, które wciąż mnie odrzucają, skoro mam przyjemność na wyciągnięcie ręki. Wystarczy jedno kliknięcie.

 

Rano pojawiały się wyrzuty sumienia, ale tłumaczyłem sobie, że "wszyscy tak robią", "to naturalne". Moje życie powoli toczyło się w dół po równi pochyłej.

 

Na szczęście przyszedł rok 2012, który wprowadził spore zmiany w moim życiu. Zakochałem się do szaleństwa. Bardzo poważnie myślałem o oświadczeniu się pewnej dziewczynie, która nie do końca odwzajemniała moje uczucia. Krótko mówiąc, zakochałem się w dziewczynie, dla której byłem tylko przyjacielem.

 

Dała mi kosza. To bolało. Długo nie mogłem się pozbierać. Ale z perspektywy czasu wiem, że musiało tak się stać.

 

To wydarzenie stało się początkiem zmian w moim życiu. Dostrzegłem w sobie ogromną nieśmiałość. Miałem 25 lat, a w środku mnie był kilkuletni chłopczyk, który bał się życia.

 

Zacząłem interesować się kursami samorozwoju i poprawy pewności siebie. W ciągu kilkunastu miesięcy z szarej myszki przemieniłem się w osobę pewną siebie, otwartą, zabawną i mającą cel w życiu. Udało mi się znacząco wyeliminować pornografię ze swojego życia, co tylko wzmocniło i przyspieszyło proces przemian. Czułem się świetnie.

 

Niestety ten niekontrolowany rozwój wepchnął mnie w drugą pułapkę – pułapkę perfekcjonizmu. Chciałem wszystko robić książkowo, chciałem być idealny. Jeśli coś mi nie wychodziło, to udawałem, że jest idealnie. Stałem się aktorem we własnym życiu. Poznawałem kolejne dziewczyny, ale one dość szybko orientowały się, że jestem mało spójny i nie chciały ze mną budować żadnej poważnej relacji. Tradycyjnie kończyło się tylko na "przyjaźni".

 

Czas płynął, a ja stawałem się coraz bardziej niecierpliwy. Przecież za chwilę będę miał 30 lat. Rodzina co chwilę dopytuje czy mam kogoś, kiedy się ożenię. Zaczynało mnie to irytować. Stawałem się coraz bardziej nerwowy i opryskliwy, gdy ktoś pytał mnie o związek.

 

W lutym bieżącego roku spotkałem świetną dziewczynę na jednej z imprez firmowych. Uznałem to za cud. Przecież mijałem się z nią na korytarzach i nigdy bym nie pomyślał, że to taka świetna dziewczyna. To już na pewno jest ta jedyna.

 

Zapewne myślisz, Drogi Czytelniku, że teraz napiszę całą historię jaki jestem szczęśliwy i że wreszcie Bóg wysłuchał moich próśb.

 

Otóż nie. Ta znajomość też się rozwiała, a ja po raz kolejny zacząłem się wściekać. Któregoś wieczoru podczas modlitwy zrobiłem "awanturę" Jezusowi, jak to możliwe, że nie wyszło i co znowu zrobiłem źle.

 

Szybko uświadomiłem sobie z Kim rozmawiam. Przecież to jest Bóg Wszechmogący, a ja zachowuję się jak rozpieszczony dzieciak, który tupie nogą i obraża się, bo nie dostał kolejnej zabawki.

 

Nagle mnie olśniło. Przecież poznałem tę dziewczynę w Ostatki, czyli w tuż przed okresem 40-dniowego Postu. Zrozumiałem, że muszę zatrzymać się w swoim życiu, wraz z Jezusem iść na pustynię i zastanowić się, dokąd ja tak naprawdę biegnę.

 

Znalazłem przyczyny moich niepowodzeń:

  1. Chcę mieć wszystko natychmiast. Nie potrafię czekać. Dopóki nie nauczę się cierpliwości, nie stworzę szczęśliwego związku.
  2. Nie doceniam tego co mam. Wciąż poszukuję czegoś nowego. Nie potrafię cieszyć się z tego co już osiągnąłem (uznanie w pracy, auto, sukces w samorozwoju).
  3. Niskie poczucie wartości. Nadal jest we mnie ten mały chłopczyk, który nie chce zaryzykować, bo boi się odrzucenia. Wciąż wypominam sobie dawne błędy i niepowodzenia.
  4. Co powiedzą inni? Wiele rzeczy robię nie dla siebie, ale żeby inni widzieli. Nieraz zdarzyło mi się mówić nie to co myślę, ale to co się spodoba ludziom.
  5. Każda dziewczyna, która wykazuje choć odrobinę zainteresowania od razu jest przeze mnie ubóstwiana. Wybiegam zbyt daleko w przyszłość i już na samym początku zbyt mocno się angażuję.

Kiedy zrozumiałem, co robiłem źle, przeszedłem do ofensywy. Wprowadziłem plan naprawczy i dzięki temu nabrałem wiatru w żagle mojego życia.

 

W ciągu tych 40 dni Postu dotarło do mnie, że osiągnięcie sukcesu to droga złożona z 6 kroków:

  1. WIARA – Bóg jest Wszechmogący. Tylko On wie, co jest dla mnie najlepsze i kiedy powinienem to dostać.
  2. PRACOWITOŚĆ – siedzenie w fotelu z różańcem w ręku i czekanie na cud? To nic nie da. Módl się i pracuj, a osiągniesz sukces.  
  3. PEWNOŚĆ SIEBIE i STABILIZACJA EMOCJONALNA – najwyższy czas dorosnąć i przejąć odpowiedzialność za własne życie (samorozwój, pasje, hobby, walka z nałogami),
  4. RADOŚĆ Z ŻYCIA  – ciesz się z każdego najmniejszego sukcesu. Wybaczaj błędy. Sobie i innym. Ludzie dziś są zapatrzeni w TV i internet, więc radosny i szczęśliwy człowiek to skarb.  
  5. CEL W ŻYCIU – dąż do niego powoli ale konsekwentnie.
  6. WYSOKIE STANDARDY – prawdomówność, dotrzymywanie danego słowa, stanowczość, przyznawanie się do popełnionego błędu.

Po kolei wypełniam te punkty… i ostatni miesiąc jest chyba najszczęśliwszy w moim życiu. Radość, którą w sobie mam przekłada się na lepsze relacje oraz na sukces w pracy, a wysokie standardy i odwaga budzą szacunek wśród innych ludzi. Mimo, że nadal nie mam drugiej połówki, to wiem, że wszedłem na właściwą drogę i zrozumiałem kogo mam szukać i gdzie mam szukać. Pomogła mi w tym pewna modlitwa.

 

Od dwóch miesięcy rano i wieczorem odmawiam modlitwę do Św. Józefa…


Święty Józefie, przeczysty Oblubieńcze Bogarodzicy Maryi! Bóg uczynił Cię najszczęśliwszym małżonkiem, dając Ci za towarzyszkę życia Najświętszą i Niepokalaną Dziewicę, Matkę samego Boga.

 

 

Przez piękno i świętość Twojego życia stałeś się Patronem wszystkich małżonków. Proszę Cię o szczęśliwy wybór i łaskę dobrej, wiernej, roztropnej i świętej żony, której mógłbym powierzyć moje serce i złączyć się z nią mocą łaski sakramentu małżeństwa.

 

 

Uproś jej mądrość życia, szerokość serca, pobożność, aby promieniowała dobrocią i kształtowała życie rodziny według zamysłów Przedwiecznego. Amen

 

 

W tych kilku wersach zawarty jest cały opis idealnej żony. Odkąd zacząłem patrzeć na kobiety przez pryzmat tej modlitwy, okazało się, że przez całe życie poznawałem te niewłaściwe. Dotarło do mnie, że moja samotność to nie pech – to łaska od Boga. Do tej pory nie byłem gotowy na związek (i zastanawiam się czy już jestem…), więc moje niepowodzenia to ochrona przed poważniejszymi konsekwencjami (np. nieprzemyślany ślub i rozwód).

 

Jak znaleźć "drugą połówkę" i szczęśliwie spędzić z nią życie? To proste!

 

Przeżyj swoje życie najlepiej jak potrafisz i zaufaj Bogu 🙂 🙂 🙂

 

 

 

"By znaleźć męża, skorzystałam z tej modlitwy"

 

(fot. pixabay)

 

Nowenna Pompejska to nie koncert życzeń. To proces. Jeśli jednak pozwolimy na Boże działanie, efekty mogą przejść nasze oczekiwania. Ba, bardzo często przechodzą – będąc jednym z lepszych dowodów na to, jak Bóg nas kocha, i jak dobrze nas zna.

 

Aktualnie liczbę odmawianych nowenn mogę określić na "naście". Nie jest to dokładna liczba, bo początki bywały różne. Choć chęci były ogromne, zrozumienie modlitwy i same intencje nie były zbyt przemyślane. Zresztą to można również zaliczyć do oddziaływań nowenny na nasze życie. Jeśli intencja za jaką się modlisz, po kilku dniach traci dla Ciebie sens czy też znaczenie, to znaczy, że tak naprawdę nie jest ważna, dobra dla Ciebie, albo sam nie wiesz o co Ci chodzi.

 

Nie należy tego mylić z działaniem Złego. On nie gasi w Tobie sensu przekonania o słuszności modlitwy. Owszem podscyca Twoje lenistwo, wprowadza hałas i zamęt, często z tej swojej złości i nienawiści, jaką żywi do Różańca, rujnuje i burzy wiele rzeczy w Twoim życiu. Każdy kto odmawiał nowennę spotkał się z jego furią. W mniejszym bądź większym stopniu. Dlaczego zaczynam od tego na wstępie? Po to, żeby zniechęcić? Wręcz przeciwnie. Żeby pokazać, jak wielką moc ma ta modlitwa, skoro sam Rogaty zaczyna się miotać i działać na oślep, żeby nas tylko od niej odwieść… dając tym samym nam do zrozumienia, że intencja w jakiej się modlitwy jest słuszna. I potrzebna.

 

Początkowe NP były odmawiane w konkretnych celach. A to o miłość konkretnej osoby, a to o dobrą decyzję, pomoc w egzaminie. O ile decyzje i egzaminy konczyły się "sukcesem", o tyle można się domyślać, że miłości drugiej osoby nie wyprosiłam. Jeśli jednak człowiek zastanowi się nad pojęciem "wolna wola" zrozumie, że zmuszanie kogoś do czegoś modlitwą jest zaprzeczeniem samym w sobie. Można komuś pomóc zrozumieć bądź zobaczyć coś, czego wcześniej nie widział, ale nie zmusić do podjęcia decyzji. Ta, zawsze musi się opierać na wolnej woli, dlatego wypraszanie miłości konkretnej osoby jest złudne… i już w teorii nie bardzo trzyma się "kupy". Nowenna jednak nawet jeśli według nas "nic nie dała", sprawia, że nie mamy poczucia żalu, czy rozgoryczenia. Wręcz przeciwnie, otwierają nam się oczy i droga do innych łask i możliwości.

 

Warto zaznaczyć, że nowenna uzależnia. W trakcie jazdy tramwajem, człowiek automatycznie zaczyna odmawiać dziesiątkę, choć przecież 54-dzień minął w zeszły czwartek. Dusza sama się domaga kontynuacji modlitwy, która działa kojąco na każdy aspekt życia…

 

Wraz z upływem czasu, zaczęłam się modlić inaczej. Pojawiło się też pełne zaufanie do Pana Boga. Nie takie, w którym ufamy, a robimy i tak po swojemu. Nie takie w którym na dobranoc, pacierz kończymy dopiskiem "Ufam Ci", ale takie zaufanie, które odznacza się spokojem, gdy dzieje się coś niedobrego, nerwowego czy pojawia się w człowieku strach. Jestem chrześcijanką. Mam więc Kogoś, kto pomoże, bo nie byłam, nie jestem i nigdy nie będę sama…

 

Wtedy też zaczęłam zawsze zaznaczać, że choć moją intencją jest np. znalezienie męża (bo wiem, że duża część nowenn właśnie w tej intencji jest odmawiana) to zdaje się na Bożą Wolę. Efektem było ponowne odnalezienie radości w życiu, spokoju i szczerego uśmiechu.

 

Przestałam płakać do poduszki za kimś kogo nie ma (w końcu 30 lat to nie tak znowu mało). Bo czy jest czy nie, mam wsparcie Kogoś, kto zawsze będzie mnie kochał bezwarunkowo.

 

Dlaczego nie potrafimy tego docenić? Pamiętam też, że kolejną intencją było uporządkowanie swojego życia. Zdarzenia potoczyły się szybciej niż mogłam przypuszczać… Zaczęło się od znalezienia fajnej oferty pracy (w zawodzie, na etat, i blisko domu rodzinnego). A potem wszystko zadziało się samo: zaproszenie na rozmowę kwalifikacyjną, praca od zaraz, przeprowadzka z Warszawy do mojego miasta, wewnętrzny spokój, spełnienie zawodowe, możliwość opiekowania się rodzicami, których miałąm na oku a na samym końcu… w tejże pracy poznałam cudownego chłopaka, który swoim uporem potrafił zburzyć mur, jaki wybudowałam wokół swojego serca przez wiele, wiele lat. Z pozoru nie był tym ideałem, który miałam wbity w głowę, ale z czasem okazał się dokładnie tą osobą, której potrzebowałam, a ja byłam tą, której on potrzebował. Nasza relacja wciąż trwa i się rozwija w dobrym kierunku.

 

Oczywiście nie zabrakło przygód i działań Złego, o którym wspomniałam na początku. Nadmiar obowiązków, pozorny brak czasu i warunków na dobre odmówienie modlitwy. Gy to nie skutkowało pojawiały się problemy ze zdrowiem (nocne bóle serca), albo z samochodem (wyłączenie się wycieraczek w jedną z największych nawałnic, przez co brak widoczności o mało nie pokierował mnie do rowu na ruchliwej trasie… i ponownie ich uruchomienie, gdy deszcz tylko przestał padać). Wybudzanie się o 3.00 w nocy (nie, to nie wymysł amerykańskich reżyserów) i bezczynne leżenie do 4.00, choć o 5.30 trzeba było już wstawać. Ale i na niego jest sposób. Im natrętniejszy się stawał, tym gorliwiej się modliłam. Wtedy odpuszczał. Próbował również zamącić w życiu moich bliskich, ale ponownie – bezskutecznie. Są Większe Siły niż on.

 

Jeśli kogoś przeraża perspektywa odmawiania 3 części Różańca dziennie, uspokajam. Jedną z łask NP jest to, że nie staje się to problemem. I pisze to osoba, dla której przez długi czas Różaniec był wymysłem starszych pań, klepaniem zdrowasiek, nie mającym żadnego związku z dialogiem, jakim powinna być modlitwa. Nowenna pozwala poczuć sens tej akurat formy medytacji. Wzruszyć się, ucieszyć i poczuć spokój.

 

Trzeba nam zrozumieć, że są rzeczy, których nie jestesmy w stanie pojąć, dlatego też warto dobrze zastanowić się nad intencją i tym, co może ze sobą nieść. Żadna z naszych próśb nie spotka się z obojętnością. Jednak forma może się różnić od naszych oczekiwań. Albo czas. Zawsze z pożytkiem dla nas. Trzeba tylko zaufać. I z tą ufnością odmawiać najpiękniejszą z modlitw.

 

 

 

 

Wandal wypisał proaborcyjny tekst na murze kościoła. Reakcja proboszcza zaskoczyła wszystkich

Dodano: 07.06.2017 [12:13]

Wandal wypisał proaborcyjny tekst na murze kościoła. Reakcja proboszcza zaskoczyła wszystkich - niezalezna.pl

foto: Parrocchia san Michele Arcangelo e santa Rita/Facebook

Anonimowy sprawca oszpecił ścianę mediolańskiego kościoła, wypisując na niej proaborcyjne hasło: „Wolna aborcja, także dla Maryi".  Proboszcz parafii skierował do niego na Facebooku odpowiedź, która poruszyła internautów i szybko stała się nowym hitem sieci.

"Wolna aborcja, także dla Maryi" – głosi napis, który ktoś umieścił na ścianie kościoła pod wezwaniem Świętego Michała Archanioła i Świętej Rity w Mediolanie. Dzięki niecodziennej odpowiedzi proboszcza parafii, ks. Andrei Belli, wydarzenie nabrało rozgłosu i stało się hitem internetu. 
 

Tłumaczenie pełnej treści listu proboszcza do anonimowego wandala publikujemy poniżej za portalem pl.aleteia.org:

 

Drogi anonimowy grafficiarzu,

Szkoda, że nie bierzesz przykładu ze swojej matki. Ona była odważna. Poczęła Cię, chodziła z Tobą w ciąży i urodziła Cię. Mogła Cię abortować. Ale nie zrobiła tego.

Twoja matka Cię wychowała, nakarmiła, myła, ubierała. Teraz masz życie i wolność. Wolność, którą Ty wykorzystujesz do mówienia nam, że byłoby lepiej, gdyby ludzie podobni do Ciebie nie pojawili się na tym świecie.

Przepraszam, ale się nie zgadzam. I naprawdę podziwiam Twoją mamę, ponieważ była odważna. I wciąż jest, bo – jak każda matka – jest dumna ze swojego dziecka, nawet, jeśli ono się źle zachowuje, ponieważ ona wie, że w środku wciąż jesteś dobry.

Aborcja jest zaprzeczeniem sensu wszystkich rzeczy. To śmierć, która pokonuje życie. Aborcja pozwala, by strach kontrolował serce, które normalnie chce walczyć i żyć, nie umierać. Wybiera, kto ma prawo do życia, a kto nie. Tak jakby to było takie proste. Jest ideologią, która zabiera całą nadzieję.

Ty oczywiście nie masz odwagi, skoro piszesz anonimowo.

Chciałbym Ci powiedzieć, że ta okolica już doświadczyła wielu problemów i nie potrzebujemy kolejnych ludzi, którzy by niszczyli nasze ściany i rujnowali to małe piękno, które mamy.

Chciałeś udowodnić sobie, że jesteś odważny? Więc naprawiaj świat, zamiast go niszczyć. Dawaj miłość zamiast nienawiści. Pomagaj tym, którzy cierpią, by znieśli swoje smutki. I dawaj życie, zamiast je zabierać. Oto prawdziwa odwaga!

Szczęśliwie nasze sąsiedztwo, które zniszczyłeś, jest pełne odważnych ludzi, którzy też mogą Cię pokochać, którzy nie wiedzą nawet, co napisałeś!

Podpisuję się: 
ks. Andrea

Jak dotąd, post udostępniony przez mediolańską parafię polubiło ponad 18 tys. osób, a prawie 10 tys. internautów przekazało ją dalej. Takiego obrotu spraw nie spodziewał się z pewnością sam grafficiarz.

 

 

Dzisiaj, gdy coraz więcej osób odchodzi od instytucji Kościoła i od praktykowania tradycyjnej religii, warto pamiętać, że Bóg nie przestaje działać w ludziach, przyciągać ich do siebie, a życie duchowe i religijne nie ginie. On potrafi dokonywać swoich dzieł w środowiskach, które często jako katolicy i chrześcijanie określamy mianem „bezbożne”, „zeświecczone”, i odmawiamy obecności jakichkolwiek wartości czy ideałów. Tymczasem, jak ukazuje to Ewangelia i mocno podkreśla papież Franciszek, pośród takich i podobnych grup ludzi Bóg lubi przebywać. On chce, by grzesznik doświadczył miłosierdzia, nawrócił się i żył. Potrafi wejść w życie osoby oddalonej od instytucji czy tradycji religijnej, zafascynować ją głębią i wartościami duchowymi, i to do tego stopnia, że osoba widzi w tej propozycji spełnienie swojego życia.

Etty

Wymownym świadectwem tego niech będą ostatnie lata życia holenderskiej Żydówki, Etty Hillesum. Swoją niezwykłą przemianę opisała w zeszytach wydanych jako „Przerwane życie. Pamiętnik 1941-1943”.  Pamiętnik zaczyna się 9 marca 1941 roku, gdy miała 27 lat. Mieszkała w okupowanym przez hitlerowców Amsterdamie. Była zapaloną rusycystką. Miała ambicje intelektualne. Czuła, że rodzi się w niej talent pisarski.

Z początku „Pamiętnik” może gorszyć niektórych chrześcijańskich czytelników. Dowiadujemy się, że Etty związana była z wieloma mężczyznami. Lubiła przygody erotyczne. Trochę komunistka, trochę agnostyczka. Na drogę, która zawiodła ją do głębokiego życia duchowego i heroicznej postawy moralnej oraz w pobliża Ewangelii i chrześcijańskiego pojęcia Boga, wprowadził ją dużo starszy mężczyzna, Julius Spier. Był to człowiek o podejrzanej z chrześcijańskiego punktu widzenia profesji – był chiromantą (przepowiadał z dłoni), swego rodzaju psychologiem, niekonwencjonalnym terapeutą i kierownikiem duchowym, a przede wszystkim charyzmatyczną osobowością. Dla Etty był ukochanym i mistrzem duchowym zarazem. Z początku mocno związana ze Spierem, z czasem coraz bardziej się od niego uniezależniała, stawała się samodzielna. Wiedziała, że musi szukać własnej drogi, nie może się zatracać w kimś innym, a narodzenie „do rzeczywistej, duchowej samodzielności – to długotrwały i bolesny proces”. Pragnęła go podjąć. Na tej drodze towarzyszyła jej Biblia, zwłaszcza psalmy oraz Ewangelie – w „Pamiętniku” pojawia się wiele cytatów oraz aluzji i nawiązań. Studiowała też dzieła zafascynowanego Biblią Fiodora Dostojewskiego oraz mistycznego poety niemieckiego, Rainera Marii Rilkego.

Rozwój procesu

Duchowy proces, który dokonuje się w Etty, jest całkiem od niej niezależny. Ona właściwie tylko przygląda się jego rozwojowi, fascynuje się tym, co się w niej dzieje, wchodzi przez kolejno otwierające się wewnętrzne drzwi, obserwuje pragnienia i podejmuje je, wciela w życie. Wszystko skrzętnie notuje. Duchowa droga prowadzi ją do podchwycenia głosu w jej wnętrzu. Uczy się żyć według jego wskazań. Pisze: „Kiedy po długim i żmudnym procesie, trwającym nieprzerwanie, przebijemy się do naszych praźródeł, które pragnę nazywać Bogiem, i gdy zatroszczymy się o to, by szlak do Boga pozostał otwarty i niezabarykadowany, co dokonuje się przez ‘pracę nad sobą’, wtedy stale się odradzamy u tego źródła i nie ma powodu do strachu, że stracimy za dużo energii”. Z czasem staje się to dla niej najcenniejszym miejsce, do którego wciąż się zwraca o radę w życiowych sprawach: „Przeświadczenie o tym, jak należy żyć i co trzeba robić, może wypływać wyłącznie ze źródła, które bije gdzieś głęboko w tobie”. Odkrywa dobroczynne skutki wsłuchiwania się w swoje wnętrze: „Gdyby każdy trochę częściej wsłuchiwał się w ten głos i pozwolił mu zabrzmieć w środku, chaos byłby znacznie mniejszy”.

Modlitwa

Pamiętnik Etty to również zapis nauki modlitwy. Wraz z rozwojem wewnętrznego procesu coraz częściej pojawiają się modlitwy do Boga. Pisze: „Chciałabym odmalować ze wszystkimi niuansami zachodzący we mnie proces – dziewczyny, która uczy się klękać”. Opisaną przez siebie w „Pamiętniku” historię nazywa „opowieść o dziewczynie, która nie umiała klęczeć. Albo jej inna wersja: o dziewczynie, która nauczyła się modlić”. Dochodzi nawet do takiego momentu, w którym modlitwa ważniejsza staje się od pamiętnika. „Zamiast pisać pamiętnik, spróbuję tylko odpoczywać i stać się modlitwą”. Włącza się w modlitwę Chrystusa, podejmuje motywy „Ojcze nasze”: „Niech się dzieje wola Twoja, nie moja”. Modlitwa staje się dla niej aktem najbardziej osobowym i osobistym: „To mój najintymniejszy gest”. Modlitwa jest dla niej ratunkiem w różnych trudnościach. „Kiedy nie mogę pohamować porywczości i zupełnie nie mam pojęcia, jak sprostać problemom, wtedy zawsze jeszcze pozostają mi dwie złożone ręce i ugięte kolana”. W końcu modlitwa stała się też jej sposobem walki o miłość do ludzi: „Nagły zwrot w kierunku czegoś, co musi stać się moją własną filozofią. Chodzi o miłość do ludzi, o którą trzeba walczyć, ale nie na polu polityki czy w szeregach jakiejś partii, ale w swoim wnętrzu”.

Zawierzenie siebie

W Etty rodzi się coraz głębsze zawierzenie Bogu. Paradoksalnie. W świecie zewnętrznym jest coraz gorzej: w jej żydowskim otoczeniu narasta w ludziach strach, wychodzą niskie instynkty, rodzi się nienawiść do Niemców; pogarsza się jej zdrowie, pojawiają się bolesne dolegliwości; wciąż przeżywa mękę artystki, która odczuwa niemożność tworzenia dzieła sztuki; Niemcy nakładają coraz większe restrykcje: kolejne ograniczenia wolności, jedzenia, poruszania się, dochodzą słuchy o obozach koncentracyjnych; umiera jej mistrz – duchowa ostoja; dobrowolnie decyduje się na mieszkanie w skrajnie trudnych warunkach obozu przejściowego, aby móc pomagać innym. W cudowny sposób nie ulega postawie defetyzmu: do końca odczuwa życie i świat jako coś pięknego. W jednym z ostatnich zapisków czytamy: „Muszę nieprzerwanie wiwatować na Twoją cześć, Boże. Jestem Ci bardzo wdzięczna, że zechciałeś dać mi takie życie”; albo: „(…) za każdym razem dochodzę do tego samego wniosku, który brzmi: życie jest piękne, a także: wierzę w Boga. Chcę wylądować w samy środku tego, co ludzie zwą ‘makabrą’, z tymi słowami na ustach”. Znalazła gdzieś w sobie punkt oparcia – Boga. Nie poddaje się chorobom i nieprzyjemnym słabościom ciała. Śmierć przyjaciela wzmacnia ją. Następuje w niej przebaczenie i pojednanie z rodzicami. Zamiast nienawiści rozszerza się w niej miłość do każdego człowieka. Obóz przejściowy staje się dla niej upragnionym miejscem służenia ludziom.

Służba

Obudzone w niej życie duchowe coraz wyraźniej i konsekwentniej prowadzi ją w kierunku bezinteresownej służby. Przede wszystkim pragnie wspierać ich moralnie, by z godnością stawili czoło szaleństwu zła. Przy tym wie, że „Jeśli pragnie się oddziaływać na ludzi w sferze moralnej, należy zacząć pracować nad własną moralnością. Cały dzień tylko krążę wokół Boga, jak gdyby nigdy nic, ale muszę jeszcze żyć zgodnie z jego zasadami”. Z czasem coraz bardziej zaczyna promieniować jakimś wewnętrznym światłem i przyciągać ludzi do siebie. Budzi w nich dobro. Pisze: „Lubię towarzystwo ludzi. Mam wrażenie, że skupiając na nich wytężoną uwagę, wydobywam na wierzch to, co w nich najlepsze i najgłębsze”. Na ostatnich stronach natomiast wyraża głęboki gest ofiary z siebie:  „Podzieliłam własne ciało jak chleb i rozdałam ludziom. A dlaczego nie? Oni są bardzo głodni i długo odczuwali jego brak”. Ostatnie zdanie to wyraz pragnienia powszechnej miłości: „Gdybym tak mogła być opatrunkiem na wszystkie rany świata”. Jest ono świadectwem, że przemieniła się w istotę współczującą z całym światem. Stała się wcieleniem Bożego współczucia – w jakimś sensie – drugim Jezusem Chrystusem.

„Pamiętnik” jest pięknym świadectwem Bożej mocy w dramacie, a nawet tragizmie ludzkiego życia. Bóg jest mocniejszy od wszelkiego oddalenia. W każdym człowieku uruchamia i prowadzi niezwykły proces duchowy. Ma swoje drogi dojścia, których my nie znamy. Drogi te są tak fascynujące, że ludzie nawet zdystansowani do religii, przyjmują je w wolności i pragną nimi iść do końca.

Jacek Poznański SJ

 

 11 kroków, by przestać oglądać filmy porno

31.05.2017 07:00

 

konkretne sposoby na walkę z masturbacją [WIDEO]Porwana i wielokrotnie gwałcona. Ostrzega przed pornografią [WIDEO]

Korzystanie z pornografii powoduje uzależnienie, co w konsekwencji wpływa szkodliwie na stan człowieka biologiczny, psychiczny i duchowy. Oto 11 konkretnych porad, jak rzucić pornografię raz na zawsze.

 

Chciałabym napisać, że ten post będzie odnosił się tylko i wyłącznie do "niewielkiej grupy" osób uzależnionych od pornografii, że to "mała grupa", ale nie, nie jest ona wcale taka mała. Przez ostatnie lata grupa ta stała się tak duża, że dzisiaj możemy mówić o niewielkiej liczbie mężczyzn (i kobiet), którzy nigdy w swoim życiu nie oglądali pornografii.

 

>>Jak pornografia zmienia twój mózg?<<

 

Przemysł pornograficzny operuje większymi pieniędzmi niż jakikolwiek przemysł na świecie. Korzystanie z pornografii osiągnęło niewyobrażalne rozmiary.

 

Pornografię można przyrównać do nowotworu, który rozwija się cicho i "subtelnie" zanieczyszcza nasze ciało. Zjawisko to zaczęło być powszechnie akceptowane jako zwykła forma rozrywki w życiu mężczyzn, kobiet i dzieci, która nie powoduje szkód. Ludzie udostępniają takie rzeczy nawet na Whatsappie!

 

Tymczasem niepodważalne dowody naukowe pokazują, jak wielkie jest zniszczenie spowodowane przez pornografię; zarówno u osób korzystających z niej, jak i środowisk w nią zaangażowanych. Pornografia wpływa nie tylko na jednostki, oddziałuje także na osoby zarządzające tą branżą, na producentów filmów, aktorów, którzy traktowani są jak obiekty, bez grama godności. Z pewnością negatywnie odbija się na osobach korzystających z takiej formy rozrywki, ale także na ich rodzinach i całym społeczeństwie.

 

Pornografia to jedno z najgorszych okropieństw, jakie istnieją. Jeżeli zatem jesteś jedną z osób myślących: Nikt nie musi o tym wiedzieć? To moje życie, przecież nikogo nie krzywdzę… Wszyscy to robią, to nic wielkiego… Tylko jeszcze ten jeden raz… Mogę przestać, jeśli tylko zechcę… NIE BĄDŹ NAIWNY!

 

Korzystanie z pornografii powoduje uzależnienie, co w konsekwencji wpływa szkodliwie na stan człowieka biologiczny, psychiczny i duchowy. Na funkcjonowanie w tych ważnych sferach negatywnie wpływa każde uzależnienie.

 

Nałóg wywołuje zmiany neurobiologiczne w układzie nerwowym. Każdy nałóg  jest tak samo szkodliwe jak to wywołane zażywaniem silnych narkotyków. Przezwyciężenie jakiegokolwiek złego przyzwyczajenia nie jest wcale takie proste; wymaga ogromnego wysiłku i pracy nad sobą. Nie jest to jednak niemożliwe; możesz zatrzymać to błędne koło. W przeciwieństwie do uzależnienia od substancji narkotykowych uzależnienie od pornografii właściwie może być szybsze do wyleczenia.

 

Więc jeżeli uważasz, że utknąłeś w tym świecie, opuść go najszybciej, jak tylko możesz. Zacznij od przeczytania i podzielenia się tymi 11 krokami:

 

1. Zaakceptuj fakt, że masz problem, i zdecyduj się na to, by zostawić to za sobą

 

To jest twój wolny wybór, nikt nie zadecyduje za ciebie. Świadome zaakceptowanie problemu, który poważnie oddziałuje na twoje życie i środowisko, to akt odwagi. Bądź mężny i przyznaj, że masz kłopot, który rzutuje na twoją rodzinę i wszystkich tych, których kochasz. Podejmij decyzję, by skończyć z tym złym nawykiem.

 

>>Pornografia zniszczyła moje życie [ŚWIADECTWO]<<

 

2. Szukaj pomocy

 

Jeśli wiesz, że masz problem, poszukaj pomocy. Pastor, ksiądz, a nawet psycholog to idealne osoby, które będą ci służyć swoim wsparciem. Oni cię zrozumieją i potowarzyszą ci w tej trudnej wędrówce. Pamiętaj, że nie jesteś sam i że aby osiągnąć sukces, musisz zadbać o odpowiednią grupę wsparcia.

 

3. Ważne jest częste przyjmowanie sakramentów i MODLITWA

 

Największe wsparcie zawsze pochodzi od Tego, który najbardziej cię kocha. Szukaj Boga. Walka bez Boga nie ma sensu. Często korzystaj z sakramentu pokuty i pojednania; szukaj wybaczenia i łaski Bożej. Módl się gorliwie. W tym celu doradca duchowy i ksiądz mogą okazać się twoimi najlepszymi sprzymierzeńcami.

 

4. Doceń to, że miłość jest darmowa, pełna, silna i przynosząca owoce

 

Być może zacząłeś oglądać pornografię przez ciekawość albo dlatego, że wszyscy wokół ciebie robili to samo. Ugrzęzłeś, bo rozrywka zaczęła wypełniać pustkę w twoim życiu. Może chciałeś odnaleźć miłość, a zamiast tego znalazłeś zniekształconą przyjemność. Jeżeli szukasz miłości, to pamiętaj, że jest ona darmowa, pełna, silna i przynosi ogromne owoce.

 

Pornografia jest czymś zupełnie innym niż autentyczna miłość, której szukasz. Stałeś się niewolnikiem tej nieprzyzwoitej formy rozrywki, która sprawiła, że jesteś samolubny i nie potrafisz dać niczego prawdziwego od siebie. Zatrzymaj się na chwilę i zastanów się, co daje ci pornografia. Odpowiadaj sobie często na to pytanie?

 

5. Spraw, byś był przydatny

 

Jak powiedział papież Franciszek młodym pielgrzymom z Loreto: "…życie to znaczy iść, to ścieżka. Jeśli człowiek nie idzie, nie jest to dobre, to znaczy, że taka osoba nic nie robi". Na krótką chwilę wyjdź ze swojej codziennej sfery komfortu i poświęć się robieniu czegoś zupełnie innego. Spraw, by twój dzień utrzymany był w ciągłej aktywności, np. chodź do szkoły, uprawiaj sport, spędzaj czas z ludźmi. Te czynności pomogą ci wyrobić nowe nawyki i stworzyć nową codzienność, byś nie tkwił w uzależnieniu.

 

6. Umocnij swoją wolę na wszystkich płaszczyznach, a nie tylko w odniesieniu do współżycia

 

Jest to powiązane z poprzednim punktem. We wszystkich twoich rutynowych czynnościach, także w tych drobnych, pasywnych, jak np. czekanie w kolejce albo dojazd do zamierzonego celu, świadome ćwiczenie woli staje się kluczową okazją do bycia bardziej zdyscyplinowanym.

 

7. Pomagaj innym

 

Korzystanie z pornografii ma dużo wspólnego z izolacją, egoizmem i byciem w niewoli. Znajdź czynności, które nie tylko zaangażują cię w kontaktowanie się z innymi, ale także umożliwią otwarcie się na społeczeństwo poprzez wspieranie innych. To otworzy przed tobą zupełnie nowy świat.

 

8. Pomóż samemu sobie

 

Zniszcz wszystkie zgromadzone przez siebie materiały pornograficzne, dodatkowo ustaw bezpieczne połączenia internetowe oraz specjalne oprogramowanie monitorujące używanie stron pornograficznych na wszystkich swoich urządzeniach. Gdy to zrobisz, zastanów się, jakie opinie czy też zachowania skłoniły cię do szukania takiej formy rozrywki. Wyrwij z korzeniami, niczym chwasty, wszystkie te przemyślenia, nawyki i pozbądź się ich ze swojego życia. Unikaj okazji do grzechu i spraw, by nie były one dla ciebie łatwo dostępne.

 

>>Pornografia rujnuje życie. Nie patrz [WIDEO]<<

 

9. Poświęcaj się

 

Stanowczo poświęcaj się przy realizowaniu swych postanowień i kroków, które zostały tutaj zaproponowane. Do tego celu potrzebny jest ci zaufany przyjaciel, terapeuta albo ksiądz. Osoby te są partnerami współodpowiedzialnymi za przebieg tego procesu. Dotrzymuj złożonej obietnicy.

 

10. Tworzenie

 

Zgłębiaj wiedzę, rozwijaj się, ucz się o samym sobie, swojej duchowości i cnotach takich jak czystość, odkrywaj prawdziwe znaczenie seksualności. Zrozumienie tych spraw w znacznym stopniu ci pomoże. Jest wiele książek, w których możesz szukać rady; Teologia ciała Jana Pawła II może być jedną z nich.

 

11. Nigdy nie obniżaj gardy

 

Zawsze bądź przygotowany i nie ufaj sobie, jeżeli chodzi o złe nawyki i słabości. Nie bądź naiwny i nie myśl, że jesteś odporny na pornografię, ponieważ raz poradziłeś sobie z tym problemem. Jeżeli wrócisz na złą drogę, wstań. Za każdym razem bądź gotowy, by powstać. Jeszcze raz powtarzam: sakrament pokuty i pojednania oraz Eucharystia są niezbędne w tym procesie. 

 

Tłumaczenie: Weronika Czerwińska

Nowenna pompejańska uratowała moje małżeństwo

 

 

 

 

Dzięki temu świadectwu pokonasz każdą trudność [WIDEO]

 

Jeśli uważasz, że czegoś ci brakuje, że nie jesteś w stanie poradzić sobie z przeciwnościami i że życie cię przerasta, posłuchaj, co ma ci do powiedzenia ten człowiek.


Nick Vujicic: "Kiedy miałem 8 lat skupiałem się na rzeczach, których nie miałem. Chciałem mieć ręce i nogi, robić różne rzeczy – ale co ja mogę? (…) Musiałem zadać sobie kilka pytań. Pierwsze z nich brzmiało: kim jestem?". Posłuchaj świadectwa człowieka, który na wychodzeniu z kryzysów zna się jak mało kto na świecie.

 

Film jest dostępny z polskimi napisami.

 

 

Oto święty, który znalazł mi męża

09.05.2017 07:04

 

Na początku wydało mi się to oczywiście śmieszne – całe życie szukam tego jedynego, a tu nagle jakiś święty z obrazka miałby mi pomagać? Niemniej postanowiłam spróbować – choćby po to żeby udowodnić babci, że nie ma już żadnej nadziei i że w mojej sytuacji i święty nie pomoże. I oto stało się…


Odkąd pamiętam zawsze miałam dużo kolegów,  ale żaden z nich nie nadawał się na jakiegoś porządnego chłopaka. Miałam iść z kim do kina i na imprezy, nie brakowało mi też propozycji łóżkowych, ale żadna z tych znajomości nie była tą właściwą znajomością – wiecie, taką , która poderwie serce, dusze i wszystkie wnętrzności.

 

Zaczaruje mi świat i sprawi ,że będę umierać po nocach z miłości do kogoś. Nie – nie było czegoś takiego. Zero iskry Bożej, zero romantycznych uniesień, ciągle tylko nudna – cenna oczywiście, ale nudna w tym sensie, że ciągle tylko – przyjaźń.

 

Koleżanki powychodziły za mąż, poznajdowały swoje drugie połówki jabłek i pomarańczy a ja nic. Niby nie samotna, bo otoczona wianuszkiem adoratorów, ale jednak w głębi serca sama. Miałam 29 lat i już straciłam nadzieje.  Wtedy moja babcia podsunęła mi pewną modlitwę do św. Józefa i obrazek i kazała się modlić.

 

Na początku wydało mi się to oczywiście śmieszne – całe życie szukam tego jedynego, a tu nagle jakiś święty z obrazka miałby mi pomagać? Niemniej postanowiłam spróbować – choćby po to żeby udowodnić babci, że nie ma już żadnej nadziei i że w mojej sytuacji i święty nie pomoże.

 

Odmawiałam tą modlitwę dzień w dzień rano i wieczorem, przez pół roku. I oto – stało się. Byłam na wakacjach z koleżanka w Chorwacji i poznałam Rafała. I rzeczywiście było w końcu trzęsienie ziemi w moim sercu i miłość od pierwszego spojrzenia.

 

Cztery miesiące po spotkaniu już wychodziłam za mąż. Dzisiaj po dwóch latach jestem nadal bardzo szczęśliwa i mamy już nawet owoc naszej miłości – roczną córeczkę.

 

Możecie się ze mnie śmiać, ale ja jestem przekonana, że dzięki modlitwie do świętego Józefa jestem dziś tak szczęśliwa jak jestem. Wszystkim poszukującym polecam tą modlitwę – warto jej zaufać.

Święty Józefie przeczysty Stróżu Dziewicy
Dziękuje Ci że jeszcze nie wyszłam za mąż,
Święty Józefie ty wiesz kto ma zostać moim mężem,
pozwól mi spotkać tego człowieka ,
spraw aby był to człowiek dobry,
który będzie mnie kochał i szanował
tak jak ty kochałeś i szanowałeś Najświętszą Maryję,
Święty Józefie doprowadź do zerwania każdej znajomości,
która nie podoba się panu Bogu,
Obiecuję Ci dochować czystości przedmałżeńskiej,
Nadać pierwszemu dziecku na imię Józef (lub na drugie imię),
oraz mówić wszystkim, że takiego dobrego męża mam dzięki Bogu i Tobie

 

 

Namalować miłosierdzie

Przewodnik Katolicki

 


 

Nie ma drugiego takiego obrazu, przed którym z równą wiarą modliliby się katolicy na wszystkich kontynentach. Nie ma drugiego obrazu tak rozpoznawalnego.

 

Ale nie ma też jednego obrazu Bożego Miłosierdzia… Wszystko zaś zaczęło się wcale nie w Krakowie, ale w Płocku, w piętrowym domu na skraju Starego Rynku. Tam właśnie w lutym 1931 r. s. Faustyna Kowalska zobaczyła Jezusa w białej szacie, wznoszącego prawą rękę w geście błogosławieństwa, a lewą dotykającego szaty na piersi w miejscu, z którego wychodziły dwa promienie. Usłyszała od Niego: „Wymaluj obraz według rysunku, który widzisz, z podpisem: Jezu, ufam Tobie. Pragnę, aby ten obraz czczono najpierw w kaplicy waszej i na całym świecie”.

 

W duszy maluj!
 

Faustyna nie była ani intelektualistką, ani artystką. Zajmowała się gotowaniem i sprzedawaniem chleba. Z wizją, którą otrzymała, poszła do swojego spowiednika. Od niego usłyszała: „Maluj obraz Boży w duszy swojej”. Ale nie zdążyła na dobre odejść od konfesjonału, kiedy Jezus do niej wrócił i naprostował to, czego nie zrozumiał spowiednik: „Mój obraz w twojej duszy już jest. Chcę, aby ten obraz, który wymalujesz pędzlem, był uroczyście poświęcony w pierwszą niedzielę po Wielkanocy, a ta niedziela ma być świętem Miłosierdzia”.
 

Wraz z objawieniem na s. Faustynę nie spłynął malarski talent ani umiejętności. Nikt też z jej znajomych malować nie potrafił. Sprawę obrazu pozostawiła przełożonej. Gdy pod koniec 1932 r. opuszczała Płock i wyjeżdżała do Wilna, obrazu nadal nie było. Jezus upominał ją: „Jeśli zaniedbasz sprawę malowania tego obrazu i całego dzieła miłosierdzia, odpowiesz za wielką liczbę dusz w dzień sądu”.

 

Nie w piękności farby
 

Zapewne sam Bóg tak pokierował życiem Faustyny, że w Wilnie spotkała ks. Michała Sopoćkę. Ten błogosławiony nie tylko był duchowym kierownikiem Faustyny, nie tylko znał malarza, Eugeniusza Kazimirowskiego, ale też był zwyczajnie ciekawy, jaki będzie efekt takiego malowania z wizji prostej zakonnicy. Z przełożoną zgromadzenia ustalił, że s. Faustyna będzie mogła dwa razy w tygodniu przychodzić do pracowni malarskiej, żeby dawać wskazówki do obrazu. Ks. Sopoćko osobiście pilnował, by malarz swoją inicjatywą nie zasłonił wizji siostry. Wszystko otoczone było najwyższą tajemnicą, bo rzecz była bez precedensu. Rozmiar obrazu dopasowano do ramy, jaką księdzu podarowała wcześniej jedna z parafianek. To przedziwne malowanie trwało przez kilka miesięcy. Pod obrazem, na ramie umieszczono słowa, które Faustynie podyktował Jezus: „Jezu, ufam Tobie”. Kiedy w czerwcu 1934 r. Faustyna zobaczyła ukończony obraz, poszła wypłakać się do kaplicy. I nie płakała ze szczęścia, ale z zawodu: „Kto Cię wymaluje tak pięknym, jakim jesteś?” „Nie w piękności farby ani pędzla jest wielkość tego obrazu, ale w łasce Mojej” – pocieszał ją Jezus.

 

Ukryty w pagonach
 

Malowanie obrazu to jedno – ale trzeba go było jeszcze przedstawić światu, który jak to zwykle bywa, wcale nie spodziewał się żadnej rewolucji. Ks. Sopoćko był wówczas rektorem kościoła św. Michała przy wileńskim klasztorze sióstr bernardynek. Tam właśnie, w ciemnym korytarzu kazał umieścić obraz. Siostra Faustyna nie dawała mu jednak spokoju, powtarzając, że sam Jezus domaga się czegoś więcej. W Wielkim Tygodniu 1935 r. zażądała, by na Triduum Paschalne umieścił go w Ostrej Bramie. Obraz wprawdzie nadal nie znalazł się w kościele, ale zawisł jako dekoracja w oknie krużganka w niedzielę po Wielkanocy – i mocno przyciągał uwagę wiernych. Potem wrócił do klasztoru i przez dwa lata służył jako dekoracja ołtarzy na procesje Bożego Ciała. Dopiero w kwietniu 1937 r. został uroczyście poświęcony i umieszczony w kościele św. Michała w Wilnie.
 

Kult obrazu w jednym kościele nie był jeszcze tym, o co chodziło Jezusowi. Faustyna otrzymała od Niego zadanie szerzenia Miłosierdzia Bożego nie w Wilnie, ale na całym świecie. Drukować zaczęto więc reprodukcje, które zgromadzenie rozpowszechniało. Tysiące odbitek fotograficznych – mniejszych i większych, najmniejsze miały zaledwie jeden centymetr! – w czasie II wojny światowej wszywano do żołnierskich czapek i pagonów przy mundurach. Inne wysyłano razem z paczkami do obozów koncentracyjnych i więzień. Po wojnie obraz Kazimirowskiego znalazł się za ołtarzem w wileńskim kościele Świętego Ducha, później w Nowej Rudzie nieopodal Grodna, wreszcie w 1986 r. wrócił do Wilna, by w 2005 r. zawisnąć w kościele Świętej Trójcy – diecezjalnym sanktuarium Miłosierdzia Bożego.

 

Przez zakaz do kultu
 

Dlaczego tak ważny obraz przez tyle lat poniewierał się gdzieś za ołtarzem? Dlaczego nie udało się sprowadzić go do Polski? Czy przy szerzącym się szybko kulcie Miłosierdzia Bożego nikt nie odczuwał braku oryginału? Odpowiedź na te pytania tkwi… w kopiach. Pierwsza z nich i znana dziś bardziej niż pierwowzór, wyszła w 1944 r. spod pędzla krakowskiego artysty Alfreda Hyły. Hyła w 1943 r. zgłosił się do sióstr miłosierdzia mówiąc, że jako wotum za ocalenie rodziny z wojny chciałby namalować jakiś obraz. Siostry dały mu obrazek Jezusa Miłosiernego z Wilna i fragmenty Dzienniczka s. Faustyny. Kiedy okazało się, że gotowy obraz nie odpowiada rozmiarami klasztornej kaplicy, siostry oddały go do Wrocławia, a Hyła namalował im kolejny. Ten znów nie spodobał się biskupowi, bo Jezus kroczył po łące. Hyła przemalował więc łąkę na posadzkę, a obraz trafił do kaplicy sióstr w Krakowie. Dziś znajduje się w sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Łagiewnikach i jest reprodukowany na całym świecie.
 

Druga ważna kopia powstała w 1954 r. To był trudny czas dla rodzącego się kultu Miłosierdzia Bożego. Obraz się upowszechniał, ale nie prowadzono jeszcze procesu beatyfikacyjnego s. Faustyny. Należało, zgodnie z instrukcjami Stolicy Apostolskiej, zachować ostrożność przy wprowadzaniu do kościołów nowych wizerunków. Ks. Sopoćko ogłosił wtedy konkurs na nowy obraz – Jezusa Zmartwychwstałego, ukazującego się apostołom. W konkursie wzięło udział trzech malarzy, a zwyciężył Ludomir Śledziński, który Jezusa Miłosiernego namalował w Wieczerniku, na tle zamkniętych drzwi. 5 października 1954 r. Konferencja Episkopatu Polski zaaprobowała ten obraz do kultu – ale nie zdążył się on upowszechnić. W 1959 r. stolica Apostolska wydała notyfikację, zabraniającą szerzenia kultu Miłosierdzia Bożego propagowanego przez św. Faustynę. Obraz zaczęto usuwać z części kościołów, w innych wierni nadal się przy nim modlili. W 1965 r. abp Karol Wojtyła rozpoczął w Krakowie proces informacyjny dotyczący życia i cnót s. Faustyny oraz kultu Miłosierdzia Bożego. 15 kwietnia 1978 r. Stolica Apostolska całkowicie unieważniła notyfikację z 1959 r.

 

Nabożeństwo
 

Obraz, który Jezus kazał namalować siostrze Faustynie, nie jest specjalnie skomplikowany: daleko mu do fantastycznej symboliki Boscha czy subtelnej tajemniczości van Eycka. Tu jednak nie znawcy sztuki, ale sam Jezus tłumaczył, które elementy dzieła są niezbędne i co oznaczają dla człowieka, szukającego Bożego Miłosierdzia. „Te dwa promienie oznaczają krew i wodę. Blady promień oznacza wodę, która usprawiedliwia dusze; czerwony promień oznacza krew, która jest życiem dusz” – mówił s. Faustynie. – „Te dwa promienie wyszły z wnętrzności miłosierdzia Mojego wówczas, kiedy konające serce Moje  zostało włócznią otwarte na krzyżu”.
 

Spojrzenie Jezusa jest takim, jakie było z krzyża – zarówno w sensie dosłownym, z góry na dół, jak i duchowym: miłosierne i zatroskane o człowieka. Serce Jezusa na obrazie pozostaje niewidoczne. Na głowie Jezusa nie ma korony cierniowej. Według objawień ważne są również umieszczone na obrazie słowa i nie powinno się ich zastępować innym wezwaniem.
 

Jezus na obrazie to Chrystus Zmartwychwstały. Przynosi pokój, odpuszczenie grzechów i łaski, zdobyte dla człowieka przez mękę i śmierć na krzyżu. Promienie wychodzące z Jego serca są symbolami sakramentów, Kościoła zrodzonego z przebitego boku Jezusa i  darów Ducha Świętego. To, co pozornie wydaje się być dość prostym obrazkiem, w rzeczywistości jest syntezą nabożeństwa do Miłosierdzia Bożego. Objawiony s. Faustynie obraz ukazuje zarówno Bożą tajemnicę, jak i odpowiedź człowieka, zawartą w słowach: „Jezu, ufam Tobie”. 

 

Znak krzyża: kiedy trzeba się przeżegnać, a kiedy nie?

 

 

 

 

 

       

 

Nowenna Pompejańska – czyli – jak wyprosić dobrego męża ?

"Narzeczony zostawił mnie dwie godziny przed ślubem"

 

(fot. shutterstock.com)

ZOBACZ WIĘCEJ"Pan Bóg nie pozwolił nam zepsuć naszej miłości""Zaczekajcie na siebie do ślubu"Nowenna pomogła nam żyć w czystości [ŚWIADECTWO]Nowenna pomogła nam żyć w czystości [ŚWIADECTWO]Połączył nas święty JózefPołączył nas święty Józef

W dniu ślubu, na dwie godziny przed udaniem się do kościoła, narzeczony zadzwonił, że nie przyjedzie… Nie mieściło mi się to w głowie.

 

Moje życie zachwiało się i legło w gruzach ponad dwa lata temu w dzień mojego ślubu.

 

Pamiętam, że zawsze chciałam założyć rodzinę, mieć kochającego męża i dzieci, tymczasem lata mijały, a ja ciągle byłam sama. Singielka mocno po trzydziestce. I nagle zjawił się on. Facet, który stawał na głowie, aby mnie zdobyć (przynajmniej tak mi się wtedy wydawało).

 

Długo otwierałam się i próbowałam zaufać, w końcu jednak dałam się przekonać. Zaręczyliśmy się i wydawałoby się, że wszystko zmierza ku dobremu. Stało się jednak inaczej.

 

W dniu ślubu, na dwie godziny przed udaniem się do kościoła, były narzeczony zadzwonił, że nie przyjedzie… Nie mieściło mi się to w głowie. Dlaczego postanowił zrobić to w taki sposób? Zawsze ostrożna, rozsądna, odpowiedzialna dziewczyna dostaje kosza w dniu, który miał być jednym z piękniejszych w jej życiu.

 

Wszystkie marzenia rozsypały się w jednej chwili.

 

Długo potem zastanawiałam się, jak mogłam dopuścić do takiej sytuacji. Z drugiej jednak strony dość szybko dotarło do mnie, że mam niesamowite szczęście, że nie zawarłam związku małżeńskiego z tym mężczyzną, że tak naprawdę zostałam ochroniona.

 

Powstała we mnie jednak pewna wyrwa i trudno było mi sobie wyobrazić siebie jako szczęśliwą żonę. Nie raz sugerowano mi, że powinnam udać się do psychologa, ja jednak postawiłam wszystko na jedną kartę i udałam się do Najwspanialszego Lekarza.

 

Podejmowałam różne działania, pragnąc uzdrowienia. Jednym z nich było odmówienie Nowenny pompejańskiej w intencji znalezienia dobrego męża.

 

W chwili obecnej jestem w stanie zaświadczyć, że pompejanka ma wielką moc, a Maryja wspiera tych, którzy się polecają jej opiece. Od czerwca bieżącego roku jestem szczęśliwą narzeczoną. Spotkałam niesamowitego chłopaka, który bardzo mnie wspiera.

 

Mój obecny związek diametralnie różni się od poprzedniego. Czuję się spokojniejsza, pewna naszej wspólnej decyzji. Oczekujemy dnia naszych zaślubin. Pan Bóg troszczy się i daje nam wszystko, czego potrzebujemy w obfitośCI.