4.08.-18.Niedziela zwykła

Dzisiaj ważne święto! Przemienienie Pańskie6.08.2019

Dzisiejsza Ewangelia prowadzi nas wraz z Chrystusem, Piotrem, Jakubem i Janem na górę Tabor. Tam Chrystus przemienił się wobec swoich Apostołów. Jego twarz zajaśniała jak słońce, a szaty stały się olśniewająco białe. Apostołowie byli zachwyceni, choć poznali jedynie niewielki odblask wiecznej chwały Ojca, w której po swoim zmartwychwstaniu zasiadł Jezus. To wydarzenie pozostało tajemnicą dla pozostałych uczniów – dowiedzieli się o nim dopiero po wniebowstąpieniu Jezusa.

Zdarzenie to Ewangeliści musieli uważać za bardzo ważne, skoro jego szczegółowy opis umieścili wszyscy synoptycy: św. Mateusz (Mt 17, 1-9), św. Marek (Mk 9, 1-8) i św. Łukasz (Łk 9, 28-36). Również św. Piotr Apostoł przekazał opis tego wydarzenia (2 P 1, 16-18). Miało ono miejsce po sześciu dniach – czy też „jakoby w osiem dni” – po uroczystym wyznaniu św. Piotra w okolicach Cezarei Filipowej (Mt 16, 13-20; Mk 8, 27-30; Łk 9, 18-21).

Św. Cyryl Jerozolimski (+ 387) jako pierwszy wyraził pogląd, że górą Przemienienia Chrystusa była góra Tabor. Za nim zdanie to powtarza św. Hieronim (+ ok. 420) i cała tradycja. Faktycznie, góra Tabor uważana była w starożytności za świętą.
Może dziwić szczegół, że zaraz po przybyciu na górę Apostołowie posnęli. Po odbytej bardzo uciążliwej drodze musieli utrudzić się wspinaczką, zwłaszcza że wędrowali sześć dni od Gór Hermonu.

W Starym Testamencie powszechne było przekonanie, że Jahwe pokazuje się w obłoku (Wj 40, 34; 1 Sm 8, 11). Dlatego w czasie Przemienienia ukazał się obłok, który okrył Chrystusa, Mojżesza i Eliasza. Głos Boży z obłoku utwierdził uczniów w przekonaniu o teofanii, czyli objawieniu się Boga. Dlatego Ewangelista stwierdza, że świadkowie tego wydarzenia bardzo się zlękli.

Termin „Przemienienie Pańskie” nie jest adekwatny do greckiego słowa metemorfothe (por. Mk 9, 2), które ma o wiele głębsze znaczenie. Termin grecki oznacza dokładnie „zmienić formę zewnętrznš (morfe), kształt; przejść z jednej formy zewnętrznej do drugiej”. Chrystus okazał się tym, kim jest w swojej naturze i istocie – Synem Bożym. Przemienienie pozwoliło Apostołom zrozumieć, jak mizerne i niepełne są ich wyobrażenia o Bogu. Chrystus przemienił się na oczach Apostołów, aby w dniach próby ich wiara w Niego nie zachwiała się. Ewangelista wspomina, że Eliasz i Mojżesz rozmawiali z Chrystusem o Jego męce. Zapewne przypomnieli uczniom Chrystusa wszystkie proroctwa, które zapowiadały Mesjasza jako Odkupiciela rodzaju ludzkiego. Wydarzenie to musiało mocno utkwić w pamięci świadków, skoro po wielu latach przypomni je św. Piotr w jednym ze swoich Listów (2 P 1, 16-18).

Uroczystość Przemienienia Pańskiego na Wschodzie spotykamy już w VI wieku. Była ona największym świętem w ciągu lata. Na Zachodzie jako święto obowiązujące dla całego Kościoła wprowadził ją papież Kalikst III z podziękowaniem Panu Bogu za zwycięstwo oręża chrześcijańskiego pod Belgradem w dniu 6 sierpnia 1456 r. Wojskami dowodził wódz węgierski Jan Hunyadi, a całą obronę i bitwę przygotował św. Jan Kapistran. Jednak lokalnie obchodzono to święto na Zachodzie już w VII wieku. W Polsce święto znane jest od XI wieku.

Dzisiejsze święto przypomina, że Jezus może w każdej chwili odmienić nasz los. Ma ono jednak jeszcze jeden, radosny, eschatologiczny aspekt: przyjdzie czas, że Pan odmieni nas wszystkich; nawet nasze ciała w tajemnicy zmartwychwstania uczyni uczestnikami swojej chwały. Dlatego dzisiejszy obchód jest dniem wielkiej radości i nadziei, że nasze przebywanie na ziemi nie będzie ostateczne, że przyjdzie po nim nieprzemijająca chwała.

Przemienienie to jednak nie tylko pamiątka dokonanego faktu. To nie tylko nadzieja także naszego zmartwychwstania i przemiany. To równocześnie nakaz zostawiony przez Chrystusa, to zadanie wytyczone Jego wyznawcom. Warunkiem naszego eschatologicznego przemienienia jest stała przemiana duchowa, wewnętrzne, uparte naśladowanie Chrystusa. Ta przemiana w zarodku musi mieć podstawę na ziemi, by do swej pełni mogła dojść w wieczności. W drodze ku wieczności uczeń Jezusa musi być Mu wierny: myślą, słowem i chrześcijańskim czynem.

Chrystus obiecuje, że będziemy królować razem z Nim tam, gdzie – za Piotrem – będziemy powtarzać: „Mistrzu, jak dobrze, że tu jesteśmy”. Warunkiem jest to, abyśmy już teraz pamiętali o tym, co dla nas przygotował Bóg, i abyśmy każdego dnia karmili się Jego Słowem i Ciałem. On chce, abyśmy ufnie i wytrwale się do Niego modlili, służyli bliźnim, rozwijając w sobie cnoty. Takie dążenie do przemiany będzie odpowiedzią na zaproszenie św. Pawła: „Przemieniajcie się przez odnawianie umysłu” (Rz 12, 2).

bz/brewiarz.pl

********************************************************************************************************

Dramatyczna modlitwa bp. Milewskiego: Maryjo, ocal nas od chorej ideologii LGBT

diecezjaplocka.pl

– Maryjo – Ocalenie Ludu – ocal nas od zła, które chce zawojować umysły i dusze Polaków, zaradź rozprzestrzenianiu się chorej ideologii LGBT, która uderza w tradycyjną rodzinę – modlił się bp Mirosław Milewski w Radzyminie w diecezji płockiej. Poświęcił tam odnowiony obraz Matki Bożej Śnieżnej w głównym ołtarzu, który liczy sobie 300 lat.

 

W homilii bp Mirosław Milewski przypomniał, że Matka Boża Śnieżna nazywana jest przez Rzymian Salus Populi Romani – Ocalenie Ludu Rzymskiego. Salus Populi – Ocalenie Ludu, to jeden z najważniejszych tytułów Maryi. Przez wieki Polacy modlili się do Niej, gdy choroby i zarazy dziesiątkowały Polaków, gdy wybuchały powstania i wojny, gdy zdarzały się klęski żywiołowe i katastrofy. Maryja nigdy nie zawodziła.

 

Przez wieki rodacy „wtulali się swoimi modlitwami w Jej matczyne ramiona”, pielgrzymowali do Częstochowy czy innych sanktuariów, a w Radzyminie klękano przed Jej Świętym Wizerunkiem zaledwie kilka lat temu, podczas peregrynacji po diecezji płockiej Jasnogórskiej Ikony.

 

– Trudno nie odnieść się do tego, co dzieje się aktualnie w naszej Ojczyźnie. Ze smutkiem i bólem patrzymy na to, co ludzie bezbożni robią z tym świętym wizerunkiem: malują wokół jej głowy tęczę, znak ruchów gejowskich, a potem naklejają go na koszach na śmieci i toaletach, publikują w sieci filmiki z „tęczową” Maryją, na swoich niemoralnych marszach, ubrani w „tęczowe” ornaty, parodiują Eucharystię – wymienił bp Milewski.

 

Poprosił Maryję, aby ocaliła nas od zła, które chce zawojować umysły i dusze Polaków, zaradziła rozprzestrzenianiu się „chorej ideologii LGBT”, która uderza w tradycyjną rodzinę rozumianą, jako związek mężczyzny i kobiety, a promuje związki osób tej samej płci, dążąc do zrównania ich w prawie z małżeństwem i dążąc do adopcji dzieci.

 

– Maryjo, ocal ludzi młodych, poszukującym swojej tożsamości, aby nie dali się uwieść modnym hasłom o wolności i tolerancji, które tak naprawdę prowadzą do zniewolenia i deprawacji. Ocal przed naporem półnagich ludzi na ulicach polskich miast, którzy pod hasłami o równości płci przekonują, że płeć można ją sobie wybrać czy zmienić w dowolnym momencie. Daj nam siłę, gdy szargają oni symbole naszej wiary. Zachowaj nasze serca od nienawiści, byśmy umieli miłować nawet tych, którzy nam źle życzą – modlił się hierarcha.

 

KAI

********************************************************************************************************

Read more: https://www.pch24.pl/#ixzz5vpwXCZBv

Sw.Łukasz12,13-21.

KIEDY DAJEMY,NIE ŻĄDAJMY WDZIĘCZNOSCI I NIE CHWALMY SIĘ,ŻEŚMY TACY SZLACHETNI.

KOCHAĆ-TO DAWAĆ,ALE  W TEN SPOSÓB,BY NIE MYSLEĆ O SOBIE SAMYM.

KOCHAĆ- TO NIE TYLKO DAWAĆ,ALE I PRZYJMOWAĆ: ZGADZAĆ SIE NA TO ,CO INNI NAM DAJĄ,,PRZYJMOWAĆ WADY DRUGIEGO CZŁOWIEKA,BY GO CIERPLIWOSCIĄ ZMIENIĆ.

PRZYJMOWAĆ TAK ZWANY TRUDNY CHARAKTER,CHOROBY,AWANTURY- BO RANIĄ SIE TAKZE I CI,KTORZY KOCHAJA….WOBEC LUDZI OBCYCH JESTESMY GRZECZNI,WYROZUMIALI.

DLACZEGO SIE RANIMY ?BO NIE UMIEMY KOCHAĆ.

PROGRAM W NASZEJ PARAFII

SOBOTA 3.08.  TIEL 18.30- ADORACJA EUCHARYSTYCZNA 19.00 -MSZA W INTENCJI PARAFIAN

NIEDZIELA 4.08. 2019 – 18.NIEDZIELA ZWYKŁA

ARNHEM 9.30 – W INTENCJI WNUCZEK-O ŁASKE WIARY.

UTRECHT 12.30 – +MARIANNA OCHMAN ( 4.R.+)

HENGELO 16.00 + FRANS GROBBING (18.R.+)

PUTTEN  19.00 w INT. SYLWII I ADAMA ( 11. ROCZN.SLUBU)

MSZA SWIETA POPRZEDZONA RÓZAŃCEM, W TYM CZASIE OKAZJA DO SPOWIEDZI W KAŻDYM KOSCIELE.

9.08. PIATEK – PUTTEN ,GODZ. 18.30 SPOWIEDZ, 19.00 – MSZA SW.

UWAGA-NIE MA W MIESIACU SIERPNIU PIĄTKOWEJ MSZY W UTRECHCIE!!!

10.08. SOBOTA – TIEL – 19.00 MSZA SW. NIEDZIELNA- w INTENCJI PARAFIAN

11.08. NIEDZIELA – 19.NIEDZIELA ZWYKŁA

ARNHEM  .9.30- MARIA LAUK ( 1.R.+)

UTRECHT 12.30 W INTENCJI KAPŁANÓW

HENGELO 16.00 +Jerzy BINKA

PUTTEN  19.00 +ZBIGNIEW PARUSZEWSKI ( 6.MIES.PO SMIERCI)

XVIII niedziela zwykła

Niedziela, 4 sierpnia 2019 roku, XVIII tydzień zwykły, Rok C, I

 

 

CZYTANIA

 

Gdy słyszymy słowa dzisiejszej Ewangelii, może się nam wydawać, że Chrystus nieco za ostro ocenia bogacza, który chciał zabezpieczyć swoje obfite zbiory. Wydaje się przecież, że jego postawa jest dosyć roztropna, a plan, jaki chciał wcielić w życie, przyszedłby do głowy każdemu z nas, gdybyśmy znaleźli się na jego miejscu.

Jezus, Syn Boży, który stał się człowiekiem i zamieszkał wśród ludzi, zna ludzkie potrzeby i nie krytykuje samego pomysłu bogacza z dzisiejszej Ewangelii. Kluczem do zrozumienia intencji Chrystusa są dwa wypowiedziane przez Niego zdania:

Uważajcie i strzeżcie się wszelkiej chciwości, bo nawet gdy ktoś ma wszystkiego w nadmiarze, to życie jego nie zależy od jego mienia (Łk 12, 15)

oraz gdy przedstawia smutne zakończenie losów bogacza:

Tak dzieje się z każdym, kto skarby gromadzi dla siebie, a nie jest bogaty u Boga (Łk 12, 21).

 

Te dwa zdania prowokują nas do przemyślenia naszej własnej hierarchii wartości. Problemem bogacza nie jest bowiem samo bogactwo, ale to, iż posiadane przez siebie dobra materialne stawia on na pierwszym miejscu. Tymczasem jego dni, jak dni każdego z nas, są policzone i po śmierci nie zabierzemy ze sobą tego, co nagromadziliśmy. Może stosowniej byłoby tu przywołać jakiś tekst Pisma Świętego albo mądrość spisaną przez świętych i błogosławionych Kościoła, jednak mnie, gdy czytam słowa tej Ewangelii, przypomina się refren swego czasu dość popularnej piosenki, którą niejednokrotnie słyszeliście w radiu:

I dopiero gdy zawoła Bóg,
To pożegnam wszystkie te rzeczy i znów,
Pójdę boso (…)
Zamkną za mną drzwi,
Nie zabiorę nic,
Pójdę boso.

 

Pójdę do Boga boso, nie mając nic, bo to, co materialne, przeminie, o czym przypomina nam dzisiaj Kohelet mówiąc, że wszystko jest marnością, oraz św. Paweł, nawołując, by dążyć do tego, co w górze, a nie do tego, co przyziemne. Stanę przed moim Stwórcą taki, jaki jestem, a to, co nagromadziłem za życia, nie będzie w ogóle istotne.

 

Jak to wszystko połączyć? Jak zadbać o te nasze ziemskie potrzeby, jednocześnie nie wpadając w pułapkę stawiania ich ponad wszystkim innym, jak to było w przypadku bogacza z dzisiejszej Ewangelii? Sądzę, że pierwszy warunek, by to się nie stało, już wypełniamy, bo przecież kolejny raz jesteśmy tutaj, w kościele na niedzielnej liturgii, aby zacząć kolejny etap życia razem z Panem Bogiem, by prosić o Jego błogosławieństwo na kolejny tydzień pracy lub wakacyjnego odpoczynku, choć przecież moglibyśmy ten czas zagospodarować inaczej. Inaczej, a więc – myśląc tylko ludzkimi kategoriami – bardziej korzystnie, bardziej opłacalnie, wygodniej… Ale co jeszcze możemy zrobić? Choć to nie Wielki Post, wydaje mi się, że warto powiedzieć jeszcze o dwóch sprawach: poście i jałmużnie.

 

Post nie jest jakimś rodzajem diety, nie jest też umartwieniem dla samego umartwienia.Kiedy poszczę, dobrowolnie odmawiam sobie czegoś dozwolonego, a więc deklaruję tę postawę, do której zachęca św. Paweł: że najważniejsze jest to, co w górze. Najważniejszy jest Bóg. I choć nie mogę Bogu niczego dodać ani zabrać, poszcząc przypominam sam sobie, że On musi być na pierwszym miejscu, że choć otacza mnie wiele dobrych rzeczy, że choć roztacza się przede mną wiele atrakcyjnych możliwości, to źródłem wszystkiego, co dobre, jest tylko On sam.

 

Z kolei praktykowana jałmużna stanowi z mojej strony inną ważną deklarację: że nie jestem samotną wyspą, że to, co dzięki Bogu posiadam, powinno być także w pewnym stopniu udziałem innych ludzi. Przypominają się tu słowa: Co masz, czego byś nie otrzymał? (por. 1 Kor 4, 7) A jeśli uważasz, że masz niewiele, to wspomnij przykład ubogiej wdowy z Ewangelii, która mając niewiele, dała według Jezusa jałmużnę większą od najbogatszych. Jeśli umiem się dzielić, to dobra materialne nie staną się moim bożkiem, to nie będę podobny do ewangelicznego bogacza…

 

 

Dzisiejszy psalm zawiera piękną prośbę do Boga: Naucz nas liczyć dni nasze, byśmy zdobyli mądrość serca (por. Ps 90, 12). Wiemy, że nasze dni dobiegną końca, stąd po tej homilii chciałbym Was zostawić z dwoma pytaniami.

Pierwsze:

Gdy ta chwila nastąpi, co takiego zabiorę ze sobą do Boga?

I drugie:

Co pozostanie po mnie dla innych?

 

 

Duszpasterz w Parafii św. Klemensa Hofbauera – Głogów

o. Krzysztof Wąsiewicz CSsR

**************************************************

95-latka pielgrzymuje z Włoch do Częstochowy. Tak realizuje ślubowanie

EMMA MOROSINI

Udostępnij

Wcześniej odwiedziła m.in. Santiago, Jerozolimę, Lourdes, Fatimę, Aparecida w Brazylii i argentyńskie sanktuarium maryjne Lujan.

Licząca 95 lat letnia Emma Morosini idzie w indywidualnej pielgrzymce liczącej 1 000 kilometrów ze swego rodzinnego miasta Castiglione della Stiviere nad jeziorem Garda na Jasną Górę do Częstochowy.

Ta była pielęgniarka powiedziała włoskiej gazecie „La Stampa” z 1 sierpnia, że w ten sposób realizuje swoje ślubowanie, które złożyła przed 28 laty w związku z poważną operacją. Poza tym wierzy, że „trzeba zawsze dziękować Matce Bożej”

Na razie Emma Morosini przeszła już ok. 250 kilometrów i jest nieopodal Pordenone. Na noclegi zatrzymuje się w domach parafialnych albo w pensjonatach. „Idę przed siebie, dokąd się nie zmęczę, patrzę i podziwiam. A nocleg zawsze gdzieś znajdę” – powiedziała 95-latka.

W swoim wyposażeniu ma ciepłą kamizelkę, różaniec i wózek na zakupy. Idzie nie spiesząc się. „Przecież jestem sama, nikt na mnie nie czeka” – stwierdziła z uśmiechem.

Nie jest to pierwsza pielgrzymka pani Morosini do sanktuarium. Wcześniej odwiedziła m.in. Santiago, Jerozolimę, Lourdes, Fatimę, Aparecida w Brazylii i argentyńskie sanktuarium maryjne Lujan. W swoich pielgrzymkach przeszła ogółem 30 000 kilometrów. „Będę chodziła, dokąd będą mnie niosły nogi” – stwierdziła w rozmowie ze „Stampą”.

****************************************************************************************************

Ma 93 lata i nadal przyjmuje pacjentów. Poznajcie najstarszą w Polsce lekarkę

NAJSTARSZA LEKARKA

Ruslan Huzau | Shutterstock
Udostępnij

Zofia Grzechowiak wciąż lubi wykonywać swój zawód i pomagać ludziom, bo to oni – jak mówi – dodają jej sił i motywacji.

Zofia Grzechowiak mieszka i pracuje w Ślesinie, w Wielkopolsce. Codziennie przyjmuje pacjentów, przez których jest ceniona za wiedzę, doświadczenie i pozytywne podejście do drugiego człowieka i jego problemów.Urodziła się w 1926 roku w Chojnie, w województwie wielkopolskim. Jej ojciec był leśniczym w puszczy nadnoteckiej. Jak sama przyznaje, miała dobre dzieciństwo, które niestety szybko się skończyło. Nadeszła bowiem II wojna światowa, a ona wraz z innymi została wywieziona do Niemiec.

Przebywała w obozie w Essen – to tam nauczyła się języka francuskiego i niemieckiego. Tam również zdobyła kwalifikacje do wykonywania zawodu spawacza. Do Polski powróciła w 1945 roku.

W Gdańsku rozpoczęła studia medyczne. W domu były trudne warunki, brakowało pieniędzy, więc pani Zofia, by utrzymać swoją chorą mamę i siebie, pracowała na noce jako spawacz w stoczni. 

Na początku lat 50. – już jako młoda lekarka – została skierowana do pracy w Świeciu. W zakładzie psychiatrycznym zdobyła swoje pierwsze doświadczenia i zrobiła specjalizację. To ona otworzyła pierwszy w Polsce zakład leczniczo-odwykowy. 

W latach 80. przeprowadziła się wraz z rodziną do Ślesina i zamieszkała nad Jeziorem Ślesińskim. Swój zawód wykonuje od 1955 roku. Jak twierdzi, nawet nie miała dłuższej przerwy, chyba że na urodzenie syna.

 

Praca lekarza na emeryturze

Od 26 lat jest na emeryturze, ale mimo to nadal służy ludziom i przyjmuje pacjentów. Jak przyznaje, praca jest dla niej formą pomocy ludziom i oderwaniem się od rzeczywistości. Po zrobieniu specjalizacji pracowała jako psychiatra, natomiast od około 30 lat jako lekarz rodzinny. Przyjmuje dziennie nie mniej niż 30 pacjentów. 

Jak na nią reagują, gdy wchodzą do gabinetu? „Bardzo dobrze, dlatego staram się dbać o swoją kondycję, by jak najdłużej pozostać sprawną” – mówi „Aletei” Zofia Grzechowiak.

W swojej praktyce lekarskiej miała wiele trudnych przypadków, ale, jak zaznacza, te najtrudniejsze miały miejsce, gdy pracowała w szpitalu psychiatrycznym. Prowadzi również zajęcia z osobami niepełnosprawnymi intelektualnie w zakładzie dziennego pobytu w Ślesinie.

Przyzwyczaiłam się do tych ludzi, od 30 lat prowadzę dla nich zajęcia, jest to grupa 58 osób – wyjaśnia w rozmowie z nami.

Lekarka współpracowała także z policją i przeprowadzała dla funkcjonariuszy specjalne szkolenia, wcześniej w Ostrowcu, a następnie już w Ślesinie. Była wykładowcą studentów medycyny, prowadziła zajęcia chociażby z zakresu medycyny przemysłowej w Koninie. Przez wiele lat uczestniczyła w pracy Gminnej Komisji Profilaktyki i Rozwiązywania Problemów Alkoholowych w Ślesinie.

Doktor Grzechowiak przyjmuje jako lekarz rodzinny pomocniczy w ośrodku zdrowia w Ślesinie trzy razy w tygodniu, na pół etatu, w godzinach 8.00-13.00. Jest ceniona przez pacjentów za swoją wiedzę, kompetencje i stosunek do ludzi. Swoim optymizmem i radością życia zaraża każdego, kto odwiedzi jej gabinet.

 

„Kochajcie ludzi”

Zapytana jakie rady ma dla młodych ludzi, którzy chcą zostać lekarzami, odpowiada:

Życzę im, by kochali ludzi i byli życzliwi i dobrze nastawieni do każdego, niezależnie od jego pozycji finansowej i kondycji, żeby traktowali wszystkich jednakowo. Młodzi nie powinni bać się starszych, ale odnosić się do nich z troską i cierpliwością.

Lekarka chodzi do pracy, bo… ją lubi i czuje się dzięki temu potrzebna. Zamierza pomagać ludziom dopóty, dopóki starczy jej sił. W wolnych chwilach wraz z synem uprawia sporty wodno-motorowe, pływa łodzią, lubi podróżować. Jak mówi w rozmowie z nami, objechała już całą Polskę, ale i niektóre miejsca na świecie. Jej marzeniem jest, by zobaczyć rzekę Niemen.

*******************************************************************************************************

Monika Odrobińska
Między piciem a pijaństwem
Idziemy

fot. Marc Schulte | Unsplash (cc)
Z prof. Krzysztofem Wojcieszkiem, współorganizatorem Narodowego Kongresu Trzeźwości, rozmawia Monika Odrobińska.
Na czym polega problem polskiego picia?
Mamy do czynienia z dwiema Polskami: 83 proc. to abstynenci lub osoby pijące umiarkowanie, reszta to osoby pijące ryzykownie lub szkodliwie, albo uzależnione. Mimo że osób niemających problemów z alkoholem jest w Polsce przeważająca większość, jest to większość milcząca. A normy nadużywających alkoholu urosły u nas do rangi symbolu. „Na zdrowie!”, „Nie pijesz, nie żyjesz”, „Z nami się nie napijesz?” – hasła te świadczą o błędnym pojmowaniu roli napojów alkoholowych.
Polski problem alkoholowy leży nie tylko w samym zjawisku uzależnienia wielu osób, ale w rozpowszechnionym pijaństwie, czyli nieumiarkowaniu w piciu. Uzależnionych w stopniu ciężkim jest około 600-700 tys., a pijących szkodliwie aż 3 mln. Badania pokazują, że jest kilkunastoprocentowa grupa Polaków, którzy piją, by się upić, lub w niedobrych okolicznościach. W jakich sytuacjach picie jest wykluczone, gdyż bardzo szkodliwe? W przypadku dzieci i młodzieży, matek ciężarnych i karmiących, kierujących pojazdem, w przypadku niektórych chorób, podczas opiekowania się dzieckiem, w pracy, w trakcie uprawiania niektórych sportów i turystyki. Wtedy abstynencja to obowiązek nawet tych, którzy umiarkowanie używają alkoholu.
Mówi Pan nie o ilości, ale o konkretnych okolicznościach.
Właśnie! Najpierw rozstrzyga sytuacja, a następnie ilość i częstość picia. Bo trzeźwość zależy nie tylko od ilości – od niej oczywiście też! – ale szczególnie od okoliczności picia. Jeśli nie zauważamy, że w wymienionych sytuacjach abstynencja jest wymogiem, jesteśmy o krok od naruszenia granicy pijaństwa.
Ilościowo natomiast o pijaństwie mówimy w przypadku przyjęcia dawki czystego alkoholu powyżej 60 gramów – to dla mężczyzny dawka o działaniu narkotycznym. Dla kobiety to 40 g. Brak umiaru jest również wtedy, gdy pije się mimo indywidualnego ryzyka uzależnienia. Pod tym względem się różnimy nawet genetycznie; aż 25 proc. dzieci powtarza los uzależnionych rodziców z powodów czysto biologicznych.
Ubolewam, że w kontekście szkód alkoholowych pisze się niemal wyłącznie o uzależnieniach. Tymczasem skala strat w społeczeństwie najbardziej zależy od aktualnej liczby nadużywających alkoholu. Pijących ryzykownie i szkodliwie jest przynajmniej trzy do pięciu razy więcej niż uzależnionych, i to oni generują najwięcej strat. Oczywiście uzależnienie samo w sobie jest strasznym dramatem, ale gdy pytamy o różne straty zdrowotne czy wypadki, to zaczynają przeważać nieuzależnieni „pijacy”. Najnowsze klasyfikacje o tyle ułatwiają zrozumienie tego paradoksu, że uwzględniają uzależnienie w stopniu lekkim i średnim, i to są właśnie owi „pijacy”. My zwracamy uwagę na „ciężko uzależnionych”, bo to łatwiej uchwycić.
Dziś, w czasie gdy rozmawiamy, z powodu alkoholu 33 osoby będą hospitalizowane, cztery umrą z powodu zatrucia alkoholowego, sześć zginie w wypadku drogowym z powodu nietrzeźwego kierowcy, nie mniej niż jedna osoba zginie z ręki pijanego przestępcy, osiem popełni samobójstwo pod wpływem alkoholu, 140 dozna z jego powodu przemocy domowej, pięć urodzi się z zespołem FAS, 27 zachoruje na marskość wątroby, 16 umrze na raka, do którego doszło z przyczyny alkoholu, itd. W sumie alkohol zabija blisko 60 ofiar dziennie.
Alkohol silnie uzależnia – ma 80 proc. siły heroiny – i otwiera drogę do innych uzależnień. A uzależnieni żyją 15-20 lat krócej. Jest to wymierna strata i w sensie rodzinnym, i społecznym. To trzeci czynnik utraty zdrowia w skali światowej, odpowiedzialny za sto różnych chorób, w tym… nowotwory. Szacunkowo co dziesiąty nowotwór jest „odalkoholowy”.
Czy pojedynczy akt pijaństwa to już problem?
To on jest podstawowym źródłem strat – tym bardziej, jeśli jest powtarzany często i zaczyna jawić się jako styl życia. Zauważmy, że co trzeci młody człowiek traci życie właśnie z powodu alkoholu. U nich nie można mówić o uzależnieniu, tylko o epizodzie pijaństwa. Dwunastoletnia dziewczynka, która po pijanemu zamarzła pod Kielcami, nie była uzależniona. Sześcioro młodych ludzi wracających z zabawy w stanie upojenia też raczej nie było uzależnionych. A zginęli…
Czy Polacy zawsze byli narodem rozpitym?
Nie, to nie jest nasza „cecha wrodzona”. Trzeźwość zaczęliśmy tracić w XV w. Kraj był zasobny gospodarczo; „Stać nas na węgrzyna” – mówiono, rozluźniły się obyczaje. Kolejna fala pijaństwa przyszła wraz z potopem szwedzkim. Wtedy 50 proc. reeksportu zboża docierało do nas w postaci wódki. XVIII w. to rozpowszechnienie taniej produkcji destylatów i upadek obyczajowości w epoce saskiej. W XIX w. z kolei rozpite społeczeństwo leżało w interesie zaborców. A wiek XX to wiek trzech totalitaryzmów. Najpierw faszyzm i II wojna światowa, podczas której niemieccy okupanci stosowali alkohol jako walutę, a Polacy jako podludzie mieli pić. Później dewizą komunizmu było hasło: „Tam ojczyzna nasza, gdzie wódka i kiełbasa”. A obecnie mamy kapitalizm i liberalizm, w których można dowolnie eksploatować drugiego człowieka. Co siódmy użytkownik alkoholu to ofiara towarzyskiego przymusu picia. To potężny dylemat moralny: czy można poświęcić jednego, by reszta czuła się dobrze?
Kto dziś nas rozpija?
Ci, którzy promują nietrzeźwość. Mamy nadmiar punktów sprzedaży alkoholu – co roku wydawanych jest 300 tys. zezwoleń stałych lub okresowych. Nie cofa się ich za łamanie prawa, np. sprzedawanie alkoholu nieletnim. A powinno się, bo to hańba. Alkohol dostępny jest 24 godziny na dobę, jak towar pierwszej potrzeby. Kwitnie u nas jego reklama – w mediach elektronicznych, na bilbordach. To oznacza potężne dochody koncernów przy jeszcze większych stratach społecznych. Od pijaństwa nie są wolne nasze elity, żeby wspomnieć choćby „chorobę filipińską”. A nie mogą ratować z topieli ci, którzy sami toną.
Czy alkohol jest zły sam w sobie?
Oczywiście, że nie, i mówię to jako dobrowolny abstynent z 40-letnim stażem! Ale można tak go używać, że przekreśli się wszystkie jego zalety. Włosi piją 2/3 tego, co my, a mają dziesięciokrotnie mniej uzależnionych. Nie mamy kompetencji picia. Dowodem tego jest fakt, że spożywamy dwa razy więcej niż średnia światowa. Ci, którzy piją, piją za dużo i za mocno – średnio 31,5 litra na rok. Dla porównania: Litwini piją 33,3 litra, Łotysze – 26,5, Białorusini – 30, a Włosi – 11,9. To picie niszczące. Najważniejszy w tej kwestii jest umiar. Nie musi to oznaczać prohibicji.
Nasze picie plasuje się w „północnym stylu picia” – jest on bardziej destrukcyjny niż „styl południowy”. Nie ma bezpiecznej dawki alkoholu, ale bezpieczniejsze są te społeczności, które stosują delikatne „drinkowanie” zamiast upijania się i bazują na mniej stężonych napojach; nie tolerują publicznego, ostentacyjnego upijania się; dają przyzwolenie na niepicie w towarzystwie i szanują abstynencję.
Co więc z tym zrobić?
Ograniczyć dostępność: prawną, ekonomiczną i geograficzną, dotyczącą liczby punktów sprzedaży, a także kulturowe przyzwolenie na picie. Zachęcać do treningu abstynenckiego (zwłaszcza w młodości). Trzeźwość polega na całkowitej abstynencji lub radykalnym umiarze w piciu. Tę granicę łatwo przekroczyć w stronę nietrzeźwości.
Czynnikami chroniącymi przed pijaństwem młodzieży jest więź z rodzicami, sukcesy szkolne, praktyki religijne, szacunek dla norm i autorytetów społecznych, konstruktywna grupa rówieśnicza. Najskuteczniejszą strategią edukacyjną dla wszystkich jest zmiana dewizy: „pije się” na: „piją nie wszyscy i nie zawsze, nie z tym samym skutkiem”. Ja stawiam na triadę: „Nie upijaj się” – bo dziś, niestety, upijanie się uchodzi za cnotę towarzyską. „Mniej jest lepiej” – są narody, które to opanowały. „A najlepiej wcale” – należy zdobyć przestrzeń dla dobrowolnej abstynencji.
W Polsce abstynencja jest uważana za wyjątek (wbrew temu, że abstynenci to bardzo pokaźna grupa). Paradoksalnie normą powinna być abstynencja, a godziwym wyjątkiem – używanie alkoholu z umiarem. Chociażby z tego powodu, że jeśli podsumujemy wspomniane sytuacje, które jej wymagają, to zajmują one większość czasu życia ludzkiego. Im mniej i rzadziej pijemy, tym jesteśmy bezpieczniejsi.
Co ma picie do patriotyzmu?
Nawiązuje pani zapewne do słów bł. Bronisława Markiewicza: „Albo Polska będzie trzeźwa, albo nie będzie jej wcale”. Ja uważam, że pijaństwo jest wręcz sprzeczne z polską racją stanu. To przeciwdziałanie dobru wspólnemu narodu. Od trzeźwości narodu zależy trwałość i jakość państwa. Na naszych oczach giną fizycznie niektóre narody z powodu nadużywania alkoholu: Indianie w Ameryce Północnej, Inuici na Grenlandii, Aborygeni w Australii. A bliżej nas też jest kilka narodów mających kolosalne kłopoty. Czy mamy do nich dołączyć? Dla mnie symbolem takiej sytuacji jest wydarzenie historycznie zwane bitwą pod Budziszynem z udziałem II Armii WP. Przeczytałem, że nasze ogromne straty w ludziach były spowodowane pijaństwem gen. Świerczewskiego, który, zamiast dowodzić, kilka dni pił i trzeźwiał. To naprawdę kosztuje życie ludzkie. Ale też drenuje gospodarczo. Straty kilka razy przewyższają dochody.
Co zakłada Narodowy Program Trzeźwości?
To na razie obszerny i szczegółowo przygotowany projekt – dyskutowaliśmy go podczas Narodowego Kongresu Trzeźwości. Przez następne pół roku będą trwać nad nim prace redakcyjne. Jednak wedle mojej optymistycznej oceny aż 95 proc. treści jest gotowe. Dokument ten ma dotknąć najistotniejszych przeszkód na drodze do trzeźwości indywidualnej i społecznej oraz ma posłużyć na następne 25 lat – na wzór tego, który sprawdził się np. w Szwecji czy Islandii. W krótszym czasie niż długość pokolenia nie cofnie się trzechsetletniej tradycji pijaństwa uwarunkowanego historycznie.
Zależy nam, aby program stał się znany i akceptowany nie tylko przez grono ekspertów, ale przez wszystkich Polaków. Jego istotą jest uruchomienie wszelkich możliwych środków pomagających Polakom w osiągnięciu cnoty trzeźwości. Ma ona dwie postacie: abstynencji i umiarkowanego używania napojów alkoholowych. Jednak wszelkie te środki nie wystarczą: człowiek musi chcieć wypracować tę sprawność. Niebawem upublicznimy program w całości.
Rozmawiała Monika Odrobińska