30.06.-13.NIEDZIELA ZWYKŁA,ROK”C”

 

ZOSTAW UMARŁYM GRZEBANIE ICH UMARŁYCH,A TY IDŹ I GŁOŚ KRÓLESTWO BOŻE…

ŁK 9,60

WSZYSTKICH,KTÓRZY CHCĄ IŚĆ ZA JEZUSEM,CZEKA TRUDNA DROGA.ŻYCIE NASZE JEST PIELGRZYMKĄ, I NA KTORYMS JEJ ETAPIE USŁYSZYMY:PÓJDŹ ZA MNĄ.

EWANGELIA NIE MÓWI O ŚMIERCI  ,MOWI O WYMAGANIACH BOŻEJ  MILOŚCI.

28.06.piątek,UROCZYSTOŚĆ NAJSW.SERCA PANA JEZUSA

Utrecht-godz.18.00-adoracja Najsw.Sakr.,spowiedz.19.00-Msza sw.,int.Anny i Ryszarda .
29.06.sobota,Driebergen 10.30-ostatnie zajecia w Szkole Polskiej pred wakacjami  ,rozdanie swiadectw,podziekowanie .nauczycielom.
Tiel 18.30 spowiedź ,19.00-Msza sw.W int.Mateusza,Kingi i Amelii.
30.06.Niedziela-13.Niedziela Zwykła,rokC.
9.30 ARNHEM: W INT.NORBERTA,urodzinowa
12.30 UTRECHT:W INT.GERTA,URODZINOWA
16.00 HENGELO:+6 R.+WIESŁAW,ANNA,JÓZEF,DUSZE CZYSCCOWE.
19.00 PUTTEN:W INT.ELZBIETY,O SZCZĘŚLIWE.ROZWIĄZANIE.

5.07.PIĄTEK.UTRECHT-GODZ.18.00-ADORACJA NAJSW.SAKRAMENTU,SPOWIEDŹ.

19.00-MSZA:++MARIA,BOLESŁAW SĘDZIKOWIE

6.LIPCA.TIEL 18.30.-NABOŻEŃSTWO EUCH./SPOWIEDŹ/

19.00.MSZA1/+EUGENIUSZ SZWEDA(1.R.+)///2/W INT.BOŻENY KORYGA,O POMYŚLNĄ OPERACJĘ

07.07.2019-14.NIEDZIELA ZWYKŁA

ARNHEM 9.30-DZIĘKCZYNNA W INT.BRUNO(1.URODZINY)

UTRECHT 12.30-+LEONARDA BAMBI

HENGELO 16.00++RODZICE MAGDALENA,PAWEŁ,PIOTR,JÓZEFA

PUTTEN 19.00:+STANISŁAW MIŁKOWSKI(7.R.+,OD CÓRKI eWY Z DZIEĆMI)
*******************************************************************************************

XIII Niedziela Zwykła

Niedziela, 30 czerwca 2019 roku, XIII tydzień zwykły, Rok C, I

 

CZYTANIA

 

Zdanie, które rozpoczyna dzisiejszą Ewangelię, jest niezwykle istotne dla zrozumienia całej Ewangelii według św. Łukasza: Gdy dopełnił się czas Jego wzięcia z tego świata, postanowił udać się do Jerozolimy (Łk 9, 51). Większość zdarzeń, mów, dokonanych przez Jezusa i przez Niego wygłoszonych, św. Łukasz umiejscawia właśnie w czasie wielkiej podróży z Galilei do Jerozolimy. Nie chodzi tutaj o zwykłe przemieszczanie się, lecz w tym kryje się coś bardzo istotnego, a mianowicie, Jezus wstępuje ku Wielkanocy, to znaczy idzie, aby oddać swoje życie, zmartwychwstać i zesłać Ducha Świętego.

Jezus idzie świadomie na spotkanie ze śmiercią, aby pokazać, że solidaryzuje się z człowiekiem we wszystkim, także w śmierci, która to dla każdego człowieka jest czymś najbardziej tajemniczym, której się lęka. Przechodzi więc ze śmierci do zmartwychwstania, aby przede wszystkim pokazać każdemu człowiekowi, że jego droga jest podobna do Jezusowej.

Na samym początku przytoczone jest wydarzenie nieprzyjemne, związane z podróżą Jezusa, a chodzi o odmowę przyjęcia Go przez Samarytan, dlatego właśnie, że udawał się do Jerozolimy. Samarytanie wymieszani podczas przesiedlenia babilońskiego z Asyryjczykami uważali, że jest inne miejsce kultu Boga, którego należy czcić w Samarii na górze Garizim (J 4, 20), zaś Żydzi uważali, że Boga należy czcić w Jerozolimie. Ale w głębi tego niezrozumienia kryje się największa trudność w zrozumieniu Mesjasza, który będzie cierpiał i umrze na krzyżu, który przejdzie przez ziemię, wszystkim dobrze czyniąc. Jezus jest Mesjaszem miłości, służby i całkowitego wydania się, aż do śmierci i to śmierci krzyżowej, taką to drogą dokona zbawienia.

Główne zaś przesłanie dzisiejszej Ewangelii znajduje się w drugiej części, a mianowicie w serii trzech Jezusowych powołań, które rozpoczynają się od słowa „pójść”. Te powołania nabierają głębokiego znaczenia, Wyrażone są one w trzech sformułowanych:Pójdę za Tobą; Pójdź za Mną; Chcę pójść za Tobą. Tajemnica powołania dotyczy każdego człowieka i stanowi o jego zrealizowaniu i osiągnięciu ostatecznego celu życia. W tradycyjnej mentalności, nawet w życiu religijnym, sprowadzano rzeczywistość powołania do szczególniejszych zadań, jakimi są kapłaństwo, życie zakonne lub też powołanie misyjne. Dlatego wielu chrześcijan czuje, że problem ten nie dotyczy ich bezpośrednio, a co najwyżej pośrednio. Jeżeli wierzymy w Boga Ojca Stworzyciela, to już w momencie stwarzania nas stajemy się powołanymi przez Niego do życia. Stąd powołanie do życia jest pierwszym i najważniejszym powołaniem. Następnie w Chrystusie powołani jesteśmy do życia chrześcijańskiego, to drugie wielkie i zobowiązujące powołanie. Stąd pierwsi chrześcijanie nazywali siebie nawzajem braćmi i powołanymi. Na mocy powołania nas do życia chrześcijańskiego zostaliśmy wszyscy zaproszeni do bycia uczniami Chrystusa i członkami Kościoła. Wszyscy jesteśmy powołani do świętości, czyli do pełnego rozwoju według zamysłu Bożego. Chrześcijanie są świętymi z powołania (por. Rz 1, 7). Ponadto Bóg obdarza nas powołaniami do życia małżeńskiego, rodzinnego i powołań zawodowych, czyli społecznych, poprzez które służymy innym ludziom, narodowi, społeczności. Wszystkie te powołania winniśmy przeżywać w posłuszeństwie woli Bożej, w poszanowaniu własnej i drugich godności, w czuwaniu, ale także w wolności, a nade wszystko w postawie służby. Ewangelia ukazuje nam owych trzech mężczyzn, którzy zostali dotknięci szczególnym zaproszeniem-powołaniem. Dwaj z nich sami zrozumieli swoje powołanie i chcieli iść drogą naśladowania Jezusa Chrystusa, zaś jednego zapraszał wprost sam Jezus.Pierwszy powołany chce iść za Jezusem, ale, jak sugeruje tekst, nie jest zdolny wyrzec się egoizmu, własnego świata, w którym pragnie się obracać, a przede wszystkim trudno mu opuścić własne gniazdo. Potrzeba własnej nory, uwicia własnego gniazda, które dawałyby poczucie bezpieczeństwa, ochronę, równowagę emocjonalną jest bardzo silna w każdym z nas. I w konsekwencji może rodzić się pójście za Jezusem połowiczne, czyli: realizuję zewnętrzne wymogi, prawo, ale z drugiej strony brakuje radykalizmu, zapału, autentyzmu, dawania siebie całkowicie. Powołanie połowiczne prowadzi zwykle do hipokryzji, braku przejrzystości i życia w prawdzie. Ostatecznie potrzeba komfortu psychicznego i komfortu życia bierze górę, wówczas nie jesteśmy w stanie realizować powołania w postawie służby.Drugi powołany przez Jezusa nie jest w stanie zerwać więzi emocjonalnych z rodziną. Realizacja powołania wymaga pozostawienia domu ojca, czyli oczyszczenia ludzkich relacji. Dom ojca to ludzka mentalność, dziedzictwo i obciążenia rodzinne, społeczne, kulturowe, bogo-ojczyźniane, które wymagają ciągłej refleksji. Uczeń Jezusa jest dla wszystkich i nie może kierować się mentalnością czysto ludzką, partyjnością czy zaściankowością.Trzeci powołany ogląda się wstecz. Jest to symbol przywiązania do przeszłości: historii osobistej, filozofii życiowej, pewnej pozycji społecznej, potrzeby uznania. Z upływem lat te przywiązania stają się coraz silniejsze i utrudniają radykalne życie Ewangelią. Łatwiej oglądać się z sentymentem wstecz, niż podejmować nowy trud i wyzwania, jakie stają przed nami. Dlatego Jezus mówi: Ktokolwiek przykłada rękę do pługa, a wstecz się ogląda, nie nadaje się do królestwa Bożego (Łk 9, 62). By iść za Jezusem, trzeba pojednać się z przeszłością, oddać ją Bogu i patrzeć przed siebie, w przyszłość. Pytać: czego Bóg obecnie oczekuje ode mnie? Na co liczy? Do czego mnie powołuje?

Czy bliższa jest mi Ewangelia nakazu, powinności, przymusu czy perswazji, cierpliwości, miłości? Co jest moją norą, gniazdem, które mnie zatrzymuje i nie pozwala pójść radykalniej za Jezusem? Czy nie należę do ludzi wiecznego „jeszcze nie teraz”? Co mnie najbardziej zniewala? Za czym się wciąż oglądam? Czy nie żyję „połowicznie”?Dzisiejsza Ewangelia może i powinna nas szokować. Wymagania, które stawia nam Jezus, są wyjątkowo radykalne, ale muszą takie być. Świat – zarówno ten w czasach Jezusa, jak i ten dzisiejszy – potrzebuje ludzi zdecydowanych oddać wszystko dla Niego. Letni chrześcijanie nikogo nie fascynują, a zwłaszcza nie pociągną dzisiaj młodych.

Trzeba nam słuchającym tej Ewangelii poczuć się zapraszanymi do głębszego życia chrześcijańskiego, nacechowanego apostolstwem. Pomogą nam w tym odczytaniu owego zaproszenia pytania, jakie możemy sobie postawić: jak jest z nami? Ile jesteśmy w stanie poświęcić dla Boga? Czy sprawa zbawienia siebie i innych jest dla nas priorytetem czy może uważamy, że inni mają to robić, ale nie ja? Czy ja rozumiem wielkość moich powołań i wynikających z nich zadań? Czy mam świadomość, że aby je dobrze pełnić, muszę wciąż rezygnować ze swego egoizmu, a stawać się darem służby dla drugich? To właśnie dla ich pełnienia Chrystus wciąż nas karmi swoim słowem i Eucharystią, czego jesteśmy obecnie uczestnikami.

 

Rekolekcjonista sióstr zakonnych i księży oraz wykładowca w Wyższym Seminarium Duchownym w Tuchowie – Kraków

o. Kazimierz Fryzeł CSrs

IKEA wyrzuca za wiarę. Pan Tomasz: „Świętowano ‚dzień przeciw wykluczeniu’, po czym wykluczono mnie z pracy za przyznanie się do Chrystusa”

IKEA / autor: pixabay.com

*******************************************************************************************

Proboszcz tragicznie zmarłego jezuity: nikt z nas nie podejrzewał, że choroba psychicznie go przerasta

(fot. jezuici)

W parafii Ducha Świętego w Nowym Sączu codziennie do dnia pogrzebu tragicznie zmarłego wczoraj jezuity będzie trwała modlitwa w jego intencji. Wczoraj o. Piotr Matejski odebrał sobie życie. Miał 51 lat. Ci, którzy go znali mówią, że był pogodnym i lubianym człowiekiem, a na Msze św. dla dzieci, które odprawiał w niedziele, przychodziło najwięcej ludzi.

Codziennie po wieczornej Mszy św., która rozpoczyna się o godzinie 18.00 będzie odmawiany różaniec w intencji zmarłego. „Tak będzie do dnia pogrzebu. Zachęcamy wszystkich do włączenia się w tę modlitwę” – mówi o. Józef Polak, przełożony zakonny i proboszcz parafii Ducha Świętego w Nowym Sączu.

O. Piotr był człowiekiem pogodnym, potrafił żartować. Na Msze św. dla dzieci, które odprawiał w niedziele przychodziło najwięcej ludzi.Fascynował się historią, piłką nożną, strzelectwem sportowym, w którym odnosił sukcesy. W ostatnim czasie skarżył się na kłopoty z sercem. Nikt z nas nie podejrzewał, że choroba psychicznie go przerasta, gdyż tak to obecnie w mojej ocenie wygląda” – powiedział KAI proboszcz o. Józef Polak.

 

Tragiczna śmierć o. Piotra Matejskiego SJ. Prowincjał wydał oświadczenie>>

O. Radosław Robak SJ, dyrektor Jezuickiego Centrum Edukacji w Nowym Sączu wspomina, że o. Piotr Matejski był bardzo dobrym i lubianym nauczycielem. „Był wielokrotnym wychowawcą klas, uwielbianym przez uczniów i wychowanków. Młodzi nawet po skończeniu studiów utrzymywali z nim kontakt” – wspomina dyrektor szkoły ojców jezuitów w Nowym Sączu.

O. Piotr Matejski w 1987 roku wstąpił do Towarzystwa Jezusowego, gdzie w 2000 roku przyjął święcenia kapłańskie. Był cenionym historykiem i duszpasterzem. „Wiemy, że jeśli ktokolwiek decyduje się na taki krok, robi to w rozpaczy, nie mogąc poradzić sobie z wewnętrznym bólem lub lękiem. Tymczasem nikt z nas, którzy znaliśmy o. Piotra i którzy z Nim się przyjaźniliśmy, nie podejrzewał, że przeżywa tego typu dramat wewnętrzny” – napisał w oświadczeniu prowincjał jezuitów, o. Jakub Kołacz SJ.
Data pogrzebu jeszcze nie jest znana.

***************************************************************************************

Aleksander Kłak: dostałem nowe życie

Jest przykładem na to, że dążenie do perfekcjonizmu za wszelką cenę często bywa zgubne. W jego przypadku doprowadziło to do ciężkiej depresji. Te problemy ma już za sobą i, jak sam zaznacza, nie byłoby to możliwe bez pomocy Pana Boga. Przed Państwem Aleksander Kłak, bramkarz srebrnej drużyny z igrzysk olimpijskich w Barcelonie.
Aleksander Kłak (w środku)Foto: Łączy Nas Piłka/PZPN / Media
Aleksander Kłak (w środku)
  • Aleksander Kłak był podstawowym bramkarzem kadry Janusza Wójcika, która na igrzyskach olimpijskich w 1992 roku w Barcelonie sięgnęła po srebro
  • Mimo wielkiej ambicji i ogromnych pokładów talentu nie zawojował piłkarskiej Europy. Z czasem, oprócz licznych kontuzji, zaczęła go trapić depresja
  • Dziś jest już zdrowy, pracuje jako kierowca autobusu miejskiego w belgijskiej Antwerpii i jest świadectwem tego, że można pokonać naprawdę ciężką chorobę

Nadal nie interesuje się Pan piłką?

W piłce trzeba, mówiąc kolokwialnie, siedzieć. Trzeba jeździć na mecze, rozmawiać z ludźmi, czytać gazety. Mieć na to wszystko czas. W moim życiu nastąpiły pewne tąpnięcia, doświadczyłem ciężkiej depresji. Musiały nastąpić zmiany, musiało dojść do przełomu. To spowodowało odcięcie się od piłki. Nie obraziłem się na nią. Może ciężko to zrozumieć dziennikarzom czy kibicom, bo wiadomo, że człowiek przez tyle lat żył piłką.

To był Pański wybór czy samoistny proces?

Po prostu nastała dla mnie nowa rzeczywistość. Depresja zmienia człowieka. Po niej człowiek nigdy nie będzie tym, kim był. Stąd też wycofałem się z piłki. Nie uciekałem od niej, po prostu zakończyłem pewien etap. Piłka nożna nie była i nie jest już dla mnie priorytetem.

Czym przejawiała się u Pana depresja?

To było coś naprawdę ciężkiego. Nie było tak, że po prostu chodziłem parę tygodni smutny. To było naprawdę ciężkie doświadczenie, które zmieniło moje podejście do niektórych spraw. Czułem się coraz gorzej, popadałem w coraz gorszy nastrój, a potem doszło do depresji. Nie byłem w stanie normalnie funkcjonować. Byłem w tak złym stanie, że zacząłem się izolować od ludzi.

Piłka była zarzewiem depresji?

Nie. Powodem było moje podejście, pewne słabości, mój charakter. Gdybym wtedy wiedział to, co wiem teraz, to unikałbym pewnych sytuacji. A co za tym idzie byłoby mniej kontuzji, grałbym dużo lepiej w piłkę i na pewno lepiej.

Skoro nie piłka i jej otoczka była zarzewiem depresji, to co?

Jest kilka faktorów: błędy, słabości, perfekcjonizm, pracoholizm. Dążenie do perfekcji powodowało, że nigdy nie mogłem pogodzić się z jakimkolwiek błędem, rozpamiętywałem to. Potem doszedł brak snu, a następnie pokusa napicia się alkoholu i agresja. Z kolei pracoholizm powodował, że miałem dużo kontuzji. Byłem obdarzony naprawdę dużym talentem i nawet bez tej katorgi na treningach mógłbym osiągnąć takie same efekty. Teraz już wiem, jak radzić sobie z różnymi problemami, a tamte czasy to rozdział zamknięty.

Jak długi był to proces u Pana?

Trudno zdefiniować to czasowo. Z tego względu, że są różne stadia depresji, często nawet nierozpoznawalne. Człowiek może mieć depresję, a nawet nie musi zdawać sobie z niej sprawy. Po prostu coraz bardziej zżera go to od środka, robi się coraz smutniejszy. Dopiero potem dochodzą problemy zdrowotne, gdy organizm się zbuntuje i zaczyna walczyć z tą sytuacją. U mnie to nastąpiło. Bunt organizmu to coś potwornego. Dopiero wtedy następuje tzw. dno. Na szczęście dostałem pomoc, udało się wyjść z depresji. Zaczął też wracać uśmiech i radość z życia. Można powiedzieć, że w tym momencie depresja została pokonana.

Można całkowicie wyleczyć się z depresji? Czy to jest jak z hazardzistą, czy alkoholikiem – zostaje się nim na całe życie?

Nigdy nie ma do końca gwarancji. Pewne sytuacje zawsze mogą wrócić. Dlatego tak ważne jest, żeby – mając już wiedzę i doświadczenie w tym temacie – trzymać się pewnych reguł i wartości. Oczywiście im więcej czasu minie od wyjścia z tego dna, to szansa na nawrót depresji jest mniejsza.

Czyli nie ma Pan objawów nawrotu depresji?

To psychologia, nie można tego do końca zdefiniować. Czasami zdarzają się gorsze momenty, ale wiem już, jak reagować na pewne symptomy. Teraz już nie potrzebuję pomocy z zewnątrz, ale na początku nie mogło się bez niej obyć.

Rękę wyciągnęli do Pana ludzie Kościoła.

Bardzo pomogli mi bracia kapucyni. Miałem w nich wielkie wsparcie, nadal jesteśmy przyjaciółmi. Powrót do kościoła, wiara, modlitwa – to pomogło mi wyjść z dołka. I wiem, że jeśli znowu przydarzyłby mi się gorszy okres, to umiałbym sobie z tym poradzić.

Po raz pierwszy o swoich problemach opowiedział Pan cztery lata temu w „Gościu Niedzielnym”. Dlaczego tak właściwie zdecydował się Pan na ten krok? Chciał pan to z siebie wyrzucić czy dać świadectwo swojej wiary?

I to, i to. Chciałem podzielić się moją radością. Chciałem pokazać, że można poradzić sobie z depresją. W jej trakcie człowiek się izoluje, odcina się od ludzi, a gdy wyzdrowieje, to z nawiązką chce komunikować się z ludźmi, dawać swoje świadectwo.

Nadal udziela się pan w grupach modlitewnych?

Tak, jak najbardziej. Chodzimy wspólnie na msze święte, modlitwy, lekcje biblijne, organizujemy rekolekcje. Znamy się bardzo dobrze, ci ludzie są dla mnie jak rodzina. Poza tym jestem lektorem, mam swój grafik, czytam Pismo Święte w kościele.

Oprócz depresji pojawiły się u pana również problemy ze wzrokiem.

W pewnym czasie widziałem jak przez mgłę. Organizm zaczął się buntować i oprócz stopniowej utraty wzroku pojawiały się nieprawdopodobne palpitacje serca, paraliże, anoreksja. Lekarze tłumaczyli mi później, że swoim podejściem doprowadziłem swój organizm do takiego stanu, że cały czas musiał być w stanie walki, niezbędna była adrenalina. Tyle że organizm nie jest na to przygotowany. Jeśli pojawia się zagrożenie, następuje skok adrenaliny, a później organizm musi dojść do siebie. Ale to nie jest takie łatwe. Dlatego stosuje się antydepresanty. U mnie na szczęście nie były one konieczne. I dobrze, bo to sama chemia.

Wiara okazała się antydepresantem?

Oczywiście wyjście z depresji miało związek z praktykami religijnymi, które działają uspokajająco. Człowiek zaczyna rozumieć pewne rzeczy, innych żałować, a za kolejne przepraszać.

Tracenie wzroku było znakiem od Boga, że najwyższy czas wziąć się za siebie?

Mając teraz wiedzę o teologii, można powiedzieć, że nasze życie, słabości i grzechy powodują, że człowiek stacza się i zaczynają się różne choroby, stany psychiczne czy depresje. To nie jest tak, że Pan Bóg mści się na nas. To nie o to chodzi. Po prostu taki, a nie inny styl życia – nieliczenie się z jakimikolwiek zasadami, źle rozumiana wolność – skutkuje tym, że grzech obraca się przeciwko nam i dopiero wtedy człowiek poszukuje ratunku, zwraca się o pomoc do kościoła, nawraca się i zaczyna patrzeć na pewne rzeczy z innej perspektywy.

W pierwszej kolejności szukał Pan pomocy u ludzi Kościoła, a dopiero potem u psychologa, prawda?

Tak naprawdę zaczęło się od mojego masażysty. Zwrócił mi uwagę na pewne sytuacje i moje problemy. Od niego trafiłem do takiej pani, można powiedzieć, że była to terapeutka-psycholog. Nie powodowało to powrotu do zdrowia, ale zacząłem zdawać sobie sprawę, gdzie tkwi problem. Ta pani powiedziała mi, że mnie nie wyleczy i że sam muszę wykonać tę robotę. Później nastąpił kontakt z Kościołem i wtedy już wiedziałem, że to jest odpowiednie miejsce i że wyjście z mojej sytuacji jest możliwe.

Momentem przełomowym był sylwester 2012, kiedy w Antwerpii porozmawiał pan z zakonnikiem.

To była moja pierwsza spowiedź generalna.

Na czym ona polega?

To jest coś w rodzaju stanięcia przed lustrem. Człowiek musi zdać sobie sprawę ze swoich błędów, swoich słabości. Rozliczyć się z przeszłością. Tylko osoba Pana Boga może sprawić, że człowiek nie oszukuje siebie. Potrzebne było nawrócenie. Do takiej spowiedzi trzeba się przygotować. To nie jest kwestia 15 minut. Musiałem odbyć dużo rozmów z braćmi kapucynami. Wtedy zaczęło wszystko ze mnie schodzić, zaczęło mnie puszczać. Trudno to opisać, bo to są przeżycia związane z psychiką. Od tego momentu zacząłem wracać do zdrowia. A potem do ludzi, do życia.

Zastanawiał się Pan, co mogłoby się stać, gdyby nie tamta rozmowa z zakonnikiem?

Myślę, że wylądowałbym w psychiatryku, nafaszerowany psychotropami. To był okres, gdy nie mogłem spać i normalnie funkcjonować. A co by było dalej? Trudno gdybać, ale życie na prochach to nie jest prawdziwe życie. Chociaż wiem, że ludzie funkcjonują tak latami, to bardzo się cieszę, że mnie to ominęło. Dziękuję Panu Bogu, Kościołowi, wszystkiemu, co jest związane z wiarą, że w odpowiednim momencie zostałem uratowany. A czekała mnie naprawdę dramatyczna przyszłość.

Aleksander Kłak w finale IO 1992 z Hiszpanią

Dusza sportowca pewnie pomogła Panu w walce z depresją.

Tak. Wola walka, dyscyplina, charakter – to mi pomogło. Z depresją trzeba walczyć, nie można się poddać. Niewiele brakowało mi do poddania się, ale udało mi się przezwyciężyć tę chorobę. Mam z tego wielką satysfakcję.

Wspominał Pan o pomocy braci kapucynów, lekarzy. A rodzina?

W depresji człowiek jest skoncentrowany na samym sobie, przez co powstają problemy w relacjach międzyludzkich. Dopiero gdy człowiek uzna, że jest chory, otwiera się na pomoc z zewnątrz. W moim przypadku było tak, że nawet gdy byłem w złym stanie, to nie dopuszczałem, że mam depresję. Pamiętam, że robiłem sobie jeszcze testy w internecie, czy już mam depresję, czy jeszcze nie.

Depresja nieodzownie kojarzy się z próbami odebrania sobie życia. U pana nie doszło do aż takiego etapu?

Człowiek z depresją nie widzi wielu rzeczy, ma czarną dziurę w głowie, nie ma kompletnie nadziei na cokolwiek. Takiego człowieka nic nie cieszy, nawet wygranie miliona dolarów nic by nie zmieniło. Zastanawia się wtedy, że po co w ogóle żyje i co by było, gdyby odebrał sobie życie. Ja tak miałem, ale na szczęście nie było to jeszcze związane z jakimiś planami. Nie wiadomo jednak, jak to wszystko by się potoczyło…

Mówił Pan, że jako katolik bał się pan samobójstwa, bo wiązałoby się to z potępieniem przez Boga.

Wiarę katolicką wyniosłem z domu, ale potem ją zaniedbałem. Mimo to doktryny Kościoła nie były mi obce. Stąd pojawiły się obawy przed konsekwencjami. Wiem, że następnym etapem byłyby właśnie plany samobójcze.

W trakcie kariery nie było u Pana miejsca na Boga?

Starałem się co niedzielę odhaczyć mszę, ale ogólnie zaniedbywałem modlitwę, czytanie Pisma Świętego czy relacje z Panem Bogiem. Niby było się katolikiem, niby chodziło się do kościoła, ale tak naprawdę zatracało się tę wiarę.

Wspomniał pan, że w Pana życiu pojawił się alkohol.

Człowiek był podatny na towarzystwo pijące alkohol, wciągało mnie to coraz bardziej, często się przesadzało. Zdarzało się nadużywać. To był mój wybór, nie ma co zwalać na to, że takie były czasy. Szczególnie po meczach trzeba było w jakiś sposób odreagować, rozładować stres, a alkohol temu sprzyja.

Alkohol był dużym problemem w tamtych czasach?

Żałuję tego, bo nadużywanie zawsze przeszkadzało. Kto nadużywał, ten cierpiał. Oczywiście jeśli ktoś pił z umiarem, to nie było dużego problemu. Nie można generalizować. Gdybym wtedy wiedział, jakie to ma skutki, postępowałbym całkiem inaczej.

Zdarzyło się Panu zawalić mecz, bo dzień wcześniej za długo zasiedział się Pan w barze?

Nie. To było dla mnie nie do pomyślenia. Problemem było to, że na za dużo pozwalałem sobie po meczach, przez co zaburzał się cykl treningowy, co później miało wpływ na odpoczynek i kontuzje.

Oprócz alkoholu piłkarze często wpadają w szpony hazardu.

Na szczęście nie miałem z tym problemu. Hazard mnie nie pociągał. I bardzo dobrze, bo widziałem, jak źle wpływa na niektórych kolegów.

Myśli Pan, że gdyby nie grał Pan w piłkę, to w innej dziedzinie ta przerośnięta ambicja też działałaby na pana destrukcyjnie?

Pewnie nie. Piłka nożna to też zabieganie o względy drugiego człowieka, a w moim przypadku ta chora ambicja obróciła się przeciwko mnie. Piłka nożna jest bardzo popularna, więc człowiek tym bardziej stara się, żeby wszyscy mówili o nim dobrze, żeby byli zadowoleni, żeby został doceniony. Ale tak się nie da, dopiero po czasie człowiek to rozumie. Ta chora ambicja, pracoholizm, perfekcjonizm w piłce są bardzo często obecne, a w moim przypadku były destrukcyjne.

Teraz możemy sobie tylko gdybać, co by było, gdyby mógł Pan dać upust swojej ambicji w jednym z uznanych zachodnich klubów. A starały się o Pana m.in. Olympique Marsylia, PSV czy Sheffield United.

Sheffield było już później, w czasach Royalu Antwerp. Pojechałem do Anglii, odbyłem fajny trening, po którym menedżer Neil Warnock powiedział, że da mi umowę. Wysłał faks do Brukseli, a stamtąd przyszła negatywna odpowiedź – kontrakt nie mógł zostać podpisany, bo to było poza okienkiem transferowym. Mimo że ono nie obowiązywało w Anglii, to w Belgii byłem zarejestrowany jako czynny zawodnik i temat upadł.

Dostał Pan też ofertę z Sevilli, ale nie do końca prawdziwą.

(śmiech) Do dzisiaj się z tego śmiejemy. To było fajne pożegnanie z igrzyskami w Barcelonie. Grzesiu Mielcarski powiedział później, że tylko mnie mógł zrobić taki dowcip. W wiosce olimpijskiej był punkt informacyjny i ktoś umieścił tam informację, że Sevilla jest mną zainteresowana. Grzesiu przyniósł mi go, a ja poszedłem do budki telefonicznej i zadzwoniłem. W słuchawce ktoś mówił po hiszpańsku, a potem się wydało, że to był tylko żart ze strony kolegów.

Niedoszłe transfery bardzo Pana przytłaczały?

Tak, jeszcze bardziej powodowały mój zły stan. Czułem się coraz bardziej zgorzkniały, przytłoczony tym wszystkim. Inną rzeczą, która bardzo mnie denerwowała, było posądzenie mnie o doping.

Proszę mówić.

Pamiętam pobieranie próbek, bo to było moje pierwsze zgrupowanie po dłuższej przerwie spowodowanej kontuzją, której nabawiłem się w wyjazdowym meczu z Danią. W hotelu panowała dość luźna atmosfera. Siedzieliśmy sobie w fotelach na korytarzu i tylko dowożono nam piwo, żeby przyspieszyć wysikanie się. Potem krążyły spekulacje, że nie wiadomo, co stało się z tymi probówkami po tym, jak przedstawiciele komisji antydopingowej opuścili hotel.

Trener Janusz Wójcik twierdzi, że w tej historii maczał palce PZPN, z którym było mu nie po drodze.

Nie wyciągałbym aż takich wniosków. Ale krążyły legendy, że probówki dotarły do Centralnego Ośrodka Sportu po dobrych paru godzinach.

Jak Pan zareagował, gdy w naszej prasie ukazały się nazwiska trzech oskarżonych o doping?

To był dla mnie szok. Tyle lat przygotowań, wielkie nadzieje… Muszę przyznać, że trochę mnie to rozłożyło. Nie wiedziałem kompletnie, co mam myśleć. Nie wiedziałem, co mnie czeka. Przezwyciężyliśmy to później dobrą grą i sukcesem, jakim był srebrny medal. Oczywiście potem ten temat wrócił, właściwie przez dwa lata był na tapecie, co bardzo mnie kosztowało. To wszystko miało bardzo dużo wpływ na moją karierę, na moje życie.

Nie chodziły Panu po głowie myśli, że zostało coś Panu podane bez Pańskiej wiedzy?

Nie ma takiej możliwości. Z powodu kontuzji nie było mnie prawie pięć miesięcy na kadrze. Przez ten czas nie miałem żadnego kontaktu z reprezentacją – co najwyżej telefoniczny – więc nie było możliwości, żeby ktoś mi coś dosypał. Poza tym – jak się później dowiedziałem – takie wyniki mogło spowodować jedynie wstrzyknięcie sobie do żyły środków dopingowych nie dłużej niż dwa tygodnie przed badaniem.

Poziom testosteronu w Pańskim organizmie był dużo powyżej normy. Ale rozumiem, że doping nie miał miejsca?

Nie ma takiej możliwości. Mogę to jeszcze raz podkreślić. Zresztą biorąc pod uwagę moje oczyszczenie, spowiedź generalną, dużo łatwiej byłoby mi się przyznać do tego. Naprawdę z dużą przyjemnością bym wszystko wyjawił. Ale nigdy nie brałem dopingu, więc ten temat jest dla mnie jasny.

Z czym bardziej kojarzą się panu igrzyska w Barcelonie: z największym sukcesem w karierze czy jednak z wielkim niedosytem, bo do złota zabrakło tak niewiele?

Potraktowaliśmy to jako sukces. Trener Wójcik zapowiadał przed turniejem walkę o złoto, ale on zawsze lubił wyolbrzymiać. Zdobyliśmy medal, zagraliśmy w finale, zyskaliśmy uznanie kibiców.

Aleksander Kłak (2006 r.) Foto: Piotr Kucza / newspix.pl

Aleksander Kłak (2006 r.)

Teraz kibice mogą Pana spotkać za kierownicą miejskiego autobusu w Antwerpii.

Większość już się do tego przyzwyczaiła, już raczej nikt nie dziwi się na mój widok.

Jak na początku postronni ludzie podchodzili do Pana zawodu?

Jest taki stereotyp, że byli piłkarze raczej zostają przy futbolu. Wyłamałem się i pracuję jako kierowca. Nie jest łatwo, to ciężki zawód, zwłaszcza w takich metropoliach jak Antwerpia. Kpiny? Nie dochodziły do mnie tego typu głosy. Zresztą nie przywiązuję do takich opinii uwagi.

Nie miał Pan innych opcji po zakończeniu gry w piłkę? Przez pewien czas pracował Pan jako trener bramkarzy…

– …i to w kilku klubach naraz. Praca jako trener nie gwarantuje stabilizacji, a ja jej potrzebowałem. Myślałem o pracy w porcie, ale tak od razu nie mogłem jej dostać. Innej opcji nie musiałem długo szukać, kibice pomogli mi w zatrudnieniu się jako kierowca. Jako były piłkarz bez zawodu nie miałem zbyt wielu możliwości, dlatego zdecydowałem się na tę propozycję. Pracuję tam od 2006 roku.

Czyli zaczął Pan rok po zakończeniu kariery. Jak zniósł Pan przejście z życia zawodowego piłkarza do życia normalnego człowieka?

To było dla mnie bardzo trudne. Nie mogłem znaleźć sobie miejsca. Pojawiała się bezsenność, rozmyślanie, roztrząsanie przeszłości. Pierwsze objawy depresji.

Myśli Pan, że bez pomocy Kościoła byłby Pan w stanie całkowicie się wyleczyć?

Bez Kościoła nie byłoby to możliwe. Bez wizyty w konfesjonale nie można tego zrobić. Oczywiście psycholodzy i inni lekarze też pomogli, ale opieranie się tylko na nich nie spowodowałoby całkowitego uzdrowienia.

Pańska historia jest bardzo inspirująca, mogłaby być motywacją dla wielu zagubionych osób.

Zdarza się, że ludzie chcą ze mną porozmawiać, zwracają się o pomoc. Bardzo chętnie ich wspieram. Mój przykład jest świadectwem całkowitego wyjścia z depresji i odzyskania radości życia. Tryskam radością. Oczywiście nie jest tak, że wszystko układa się po mojej myśli, ale co by się nie działo, to nic nie jest już w stanie mnie złamać. To naprawdę cud. Dostałem nowe życie.

DARIUSZ DOBEk
**********************************************************************************

Ks. Jan Sikorski dla Frondy o odejściach kapłanów: To wszystko wykorzystuje diabeł28.06.2019, 16:15

Ks. Jan Sikorski dla Frondy o odejściach kapłanów: To wszystko wykorzystuje diabeł

Portal Fronda.pl: W ostatnim czasie mieliśmy głośne odejścia kapłanów. Najpierw ks. Michał Macherzyński porzucił kapłaństwo dla kobiety; zaraz po tym ogłoszono ekskomunikę ks. Michała Misiaka, która była wynikiem przyjęcia chrztu u protestantów. Teraz odejście z kapłaństwa (formalnie: urlop) ogłosił ks. Łukasz Kachnowicz z Lublina. Jaka jest przyczyna takich „coming outów”?

Ks. dr Jan Sikorski: Szatan wchodzi w każdą szczelinę człowieka. Gdy człowiek jest zdrowy, to mówi „widzisz Pan Bóg jest ci niepotrzebny, bo jesteś zdrowy”, gdy człowiek jest chory, to szatan mówi: „widzisz jak cię Pan Bóg zostawił? Jesteś chory”. Szatan również wchodzi w kapłańskie życie. Wiadomo, że jak uderzy się w pasterza, to wtedy giną i owce. Dlatego każdy ksiądz jest narażony na takie ataki. Musi być człowiekiem mocnym i opartym też o mocną wiarę.

W tej chwili społeczeństwo jest słabe, labilne. Są rozwody, jest brak męskiego wzorca. Słabe są rodziny, dzieci wychowywane są bez ojców. To sprawia, że niektórzy mężczyźni są zniewieściali. Starsze pokolenie było szlifowane męczeństwem, okupacją, walką z komunizmem. Teraz mężczyźni są trochę rozpieszczeni.

Czy te trzy przypadki, o których jest ostatnio głośno, zwiastują jakąś niepokojącą falę?

Kaźde odejście jest przykre. Pan Jezus wśród dwunastu miał jednego, który się sprzeniewierzył. W Polsce jest ponad 30 tysięcy księży, więc myślę, że ta statystka od czasów ewangelicznych nie jest taka zła. Oczywiście każde odejście jest wielkim bólem, nieszczęściem i dramatem.

Często jest to też słabość psychiczna tych ludzi. Dzisiaj spotykamy ludzi, którzy pozornie są mocni, a w rzeczywistości mają psychiczne, czy charakterologiczne braki. To wszystko wykorzystuje diabeł.

Nie jest łatwo być księdzem. Trzeba być mocnym, odpornym na różne przeciwności. Jeżeli jest ktoś małoodporny, do tego dochodzi hejt społeczny, to łatwo ulec słabościom. Trzeba spojrzeć na to z ubolewaniem, modlić się za tych ludzi. Każdy grzech jest słabością człowieka i jest złem. Tym bardziej, że kapłan to ktoś, kto ma prowadzić ludzi do Boga. Społeczeństwo staje się takie rozmazane, przeżarte dobrobytem, mało odpowiedzialne. Tacy są księża, jakie jest społeczeństwo.

Okazuje się, że podobno wierni bili brawa dla księdza, który opuszcza kapłaństwo dla kobiety.

To mnie bardzo dziwi. Nie jestem pewny, jak to było naprawdę. Może to przyjęli jako żart? Nie mogę sobie wyobrazić tego, żeby przyjęli to poważnie. Bicie braw w takiej sytuacji jest nietypowym zachowaniem. Nie wyobrażam sobie, żeby to było gdzieś powtórzone. Jeżeli tak, to całe społeczeństwo jest zepsute do dna.

Jednak nie wydaje mi się, żeby to była poważna reakcja. Trudno mi określić, bo nie było mnie w tamtym miejscu. Zawsze do tej pory odejście kapłana spotykało się z wielkim bólem, tak jak w rodzinie odejście ojca z domu, czy matki, rozwód – dla dzieci to jest nieszczęście. Parafia jest rodziną, odejście ojca z tej rodziny jest nieszczęściem, bólem i ogromną krzywdą.

Dzisiaj obchodzimy Światowy Dzień Modlitwy o Uświęcenie Kapłanów. Święto ustanowione przez Jana Pawła II przypada w uroczystość Najświętszego Serca Jezusowego. Święty kapłan, czyli jaki?

Pójdź za mną. Jak Pan Jezus powoływał? „Pójdź za mną!” Jeżeli człowiek idzie śladami Jezusa Chrystusa to jest święty. Jest z Nim złączony, ma w sobie łaskę. Jeżeli idzie za słabościami, odruchami, pokusami tego świata, to się wykoleja. Z każdym człowiekiem tak jest, tak i z kapłanem. Jeżeli nie trzyma się twardych zasad, nieraz trudnych, to wiadomo, że się potem gubi.

Tylko, że np: Michał Misiak, były ksiądz, związany z ruchem charyzmatycznym, mówi własnie, że odchodząc z kapłaństwa idzie za Jezusem, że tak „rozeznaje”, że „odczuwa pokój”, że to „wola Boża”.

To zdecydowanie jest patologia. Nie chcę go osądzać. Dla mnie ta wypowiedź jest patologiczna. Subiektywizm zupełnie nieewangeliczny. Diabeł działa w różny sposób, nieraz zmienia sposób myślenia, korzysta z jego słabości. Trudno mi oceniać, bo nie znam człowieka, ale patrząc z perspektywy księdza – jest to po prostu patologia.

Jak my wierni możemy pomóc księżom w przeżywaniu kryzysu?

To jest właśnie problem! Ksiądz żyje dla wiernych, to jest jego rodzina, jego posłannictwo, jego radości, ale i smutki. Jak w rodzinie ktoś choruje, to rodzina się zbiera i stara pomóc. Trzeba chorych leczyć, dać otuchy, siły. Ksiądz żyje również siłą wiernych. To wierni dają znak, że jest potrzebny. Jeżeli się zamienia w głupawy hejt i nienawiść, to człowiek o słabszej konstrukcji psychicznej może się załamać. Tak jak w rodzinie, kiedy wszyscy się odwracają i zamiast kochać, prześladują, to zaczynamy się załamywać.

Księża nie spadają z nieba. Są wychowywani w naszych rodzinach, jeżeli rodzina jest słaba, to i człowiek jest słaby.

Wczoraj odbył się post w intencji powrotu do Kościoła katolickiego Michała Misiaka zorganizowany przez łódzkich jezuitów. W akcji wzięło udział 3500 tysiąca osób. Jaką moc ma modlitwa i post?

Pan Jezus mówił, że ze złymi duchami trzeba walczyć postem i modlitwą. Pięknie, że wierni zorganizowali takie wydarzenie; bez większej sensacji, ale z bólem. Myślę, że trzeba kapłanów otoczyć modlitwą. Jan Paweł II mówił o tym często, jako człowiek natchniony, święty, miał wyraźną wizję, aby był dzień modlitwy za kapłanów.

Czy oprócz modlitwy możemy jakoś jeszcze wesprzeć kapłanów?

Oczywiście, że tak. Życzliwością, gotowością do pomocy. My jako księża spotykamy się z takimi sytuacjami. Przychodzą do nas parafianie i pytają, w czym można pomóc, żeby było jeszcze lepiej. Jesteśmy tym otoczeni. Ilu wolontariuszy jest w każdej parafii. Takie rzeczy są. Chyba, że ksiądz zaczyna wydziwiać i ulega różnym patologiom. Wtedy reakcja jest odwrotna. Ale kiedy jest człowiek, który służy i spełnia swoją kapłańską rolę, to mogę powiedzieć z własnego doświadczenia – zawsze może liczyć na wiernych.

Grzeczność, życzliwość i modlitwa. To sprawa całego Kościoła. To nie jest tak, że są księża i Kościół, tylko wszyscy jesteśmy Kościołem.

Rozm. Karolina Zaremba

 

C