18.08. – 20.Niedziela zwykła

                             MSZE ŚWIĘTE W NASZEJ PARAFII

17.08.Sobota -TIEL – 19.00 Msza niedzielna : w Int. Izy i Adama(14 .r.slubu),o Boze błogosł.

                           18.08.Niedziela  – 20.Niedziela zwykła

9.30.ARNHEM : W int. Krystiana i jego rodziny,z podz. Bogu za szczęśliwe rozwiązanie.

Po Mszy – chrzest Zuzanny Amelii

12.30 UTRECHT: IWONA I MACIEJ ( 25.roczn.slubu)

Po Mszy – chrzest Leticii Anny

16.00 HENGELO: IZABELA I ALEKSANDER ( 25.ROCZN.ŚLUBU).O Boże błog.,opieke Matki Bozej i zdrowie

19,00 PUTTEN : Msza w intencji Parafian

******************************************************

19.08.poniedziałek ,Ermelo : Msza w intencji  nowoochrzczonej Zuzanny Amelii

23.08. Piątek – Msza wieczorna o 19.00 w Putten: w int. nowoochrzczonej Leticii Anny

UWAGA!!! NIE MA W TYM DNIU MSZY SW. W UTRECHCIE !!!

24.08. sobota TIEL ,godz. 19.00 ; O zdrowie dla córki Marii Danieli i syna Adriana Edwarda

                             25.08. – 21.NIEDZIELA ZWYKŁA

9.30 ARNHEM  – ++ Stanisława ,Waleria

12.30 UTRECHT : W int. Sylwii i Pawła( 3.rocznica slubu)

16.00 HENGELO : ++Anna,Wiesław,Józef, dusze czyśćcowe

19.00 PUTTEN : W intencji Damiana z ok. urodzin

*********************************************************************************************

\EWANGELIA NA NIEDZIELĘ : SW.ŁUKASZ  12,49-53

PAN JEZUS Z OGNIEM W RĘKU? TEN JEGO OGIEŃ JEST INNY,BO PRZECIWSTAWIA SIĘ OBOJETNOŚCI,BEZWŁADOWI.MA SŁUZYC MOBILIZACJI.

JEZUS PRAGNIE, BYSMY PŁONELI OGNIEM GORLIWOŚCI,MODLITWY.

NIE WSZYSCY IDA ZA JEZUSEM, I NAWET RODZINY SĄ ROZDARTE.TO JEST ŹRÓDŁEM JEGO CIERPIENIA.

**************************************************************************************************

XX Niedziela Zwykła

 

Niedziela, 18 sierpnia 2019 roku, XX tydzień zwykły, Rok C, I

 

CZYTANIA

 

Zaskakująco niemiły jest Jezus z dzisiejszej Ewangelii. Nie mówi o miłości bliźniego, o pokoju między ludźmi ani o błogosławieństwie miłosierdzia, ale – tak zresztą jak w żadnym innym momencie – o niezgodzie, konflikcie, rozdwojeniu: Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam.

 

Kto czyta albo słyszy tylko to zdanie, może mieć do czynienia ze strachem. Ze strachem przed wojownikami w imię Boga, którzy chcieliby bezwzględnie wykorzenić wszystko, co niechrześcijańskie. Może nasunie mu się pojęcie chrześcijańskich fundamentalistów, którzy – tak jak islamscy – szerzyliby terror i przerażenie. Czyżby Jezus był podżegaczem wojennym?

 

 

Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam. To zdanie jest ciężkie jak głaz, a jego przesłanie irytuje. Owszem, ale tylko jeśli się je czyta w izolacji. Co natomiast ono mówi, gdy się je czyta w kontekście, razem ze zdaniami poprzedzającymi i następującymi, na tle całego życia Jezusa i całego orędzia Ewangelii?

 

Jezus nie jest żadnym podżegaczem wojennym. Nie był On nigdy wodzem prowadzącym swoje uzbrojone wojska przeciw inaczej wierzącym. To czynił Mahomet, ale nie Jezus. I Jego słowa nie wzywają nas do brutalnej walki przeciw niechrześcijanom. Chodzi Mu raczej o nasze wnętrze. Owszem, powinniśmy prowadzić walkę, ale wewnętrzną: walkę przeciw wszystkiemu, co niechrześcijańskie wewnątrz nas samych.

 

Przyszedłem rzucić ogień na ziemię – mówi Jezus. Ogień to w Biblii symbol obecności i działania Boga. W wędrówce przez pustynię Bóg idzie przed swoim ludem w kolumnie ognia. W ogniu, który pali, ale nie spala, objawia się Mojżeszowi. Ogień z nieba trawi ofiarę Abrahama, Gedeona i Eliasza. Ogień jest jednak także symbolem próby, oczyszczenia i niezłomnego postanowienia. Aniołowie oczyszczają wargi Izajasza rozżarzonym węglem. Biblia często mówi, że ludzie muszą być, tak jak złoto, oczyszczeni w ogniu.

 

Przyszedłem rzucić ogień na ziemię i jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął! Pan pragnie, abyśmy przyłączyli się do Niego, byśmy płonęli dla Niego jak ogień. Dla Niego, który, jak sam mówi, musi przyjąć chrzest, czyli wziąć na siebie krzyż – dla zbawienia ludzi. To zbawienie to Jego ogień, za którym tęskni – ze straszną udręką i lękiem, ale też z płonącą żarliwością.

 

Kto jest blisko Mnie, jest blisko ognia – to zdanie Jezusa przekazuje Orygenes (takie hipotetyczne słowa Jezusa nie znajdujące się w Ewangeliach nazywają się „agrafa”). Kto chce być blisko Jezusa, musi podjąć poważną, brzemienną w skutki decyzję, a to nie jest łatwe. Jezus nie jest kimś, kto przychodzi, aby prawić nam gładkie słówka i zapewniać nam dobre samopoczucie. Nie poszedł na krzyż dla pobożnych frazesów i miłych odczuć religijnych. Radykalności krzyża musi odpowiadać przynajmniej w jakimś stopniu radykalność życia chrześcijańskiego, tzn. życia jako uczeń Jezusa.

 

Kto jest blisko Mnie, jest blisko ognia – w obliczu Jezusa rozdzielają się, odsłaniają się duchy, a tym samym też ludzie. Złe duchy już nie mogą udawać dobrych, jak robią na co dzień, lecz muszą się odsłonić i określić jako złe, bo Jego światło rozprasza ich kłamliwy mrok. Tym bardziej dotyczy to wszystkich ludzi, którzy im służą. Uderzające przykłady tego można przeczytać w relacjach rosyjskich chrześcijan, którzy przeżyli komunistyczne prześladowania; ci ludzie nie muszą wierzyć w diabła, bo widzieli go na własne oczy w jego sługach. Kto zatem opowiada się naprawdę za Chrystusem, niekoniecznie spotka się z aplauzem. Może być tak, że ludzie odwrócą się od niego, że zakończą się stare przyjaźnie, że nawet w jego własnym domu dojdzie do konfliktów. Jezus to właśnie zapowiada, mówiąc: Odtąd pięcioro będzie rozdwojonych w jednym domu: troje stanie przeciw dwojgu, a dwoje przeciw trojgu.

 

Kto się opowiada za Chrystusem – a tym samym też za Jego Kościołem – musi się liczyć nie tylko z akceptacją; tym bardziej w naszym czasie, kiedy to próbuje się przeżywać religię jako jakiś ezoteryczny dobrostan albo zbiór budujących zasad psychologiczno-pedagogicznych, albo pożyteczny środek utrzymania moralności społecznej. Ta forma niezobowiązującej religijności, kierującej się hasłem: „Jakkolwiek byśmy wierzyli, wszak wszyscy wierzymy w jednego Boga”, wydaje się dzisiaj bardzo ekspansywna. Ale chrześcijanin nie wierzy w jakiegokolwiek Boga; nie, on widzi oblicze Boga w Jezusie Chrystusie. I każdy, kto staje przed Chrystusem, musi się zdecydować: za Nim albo przeciw Niemu – a tym samym też za Kościołem, Jego mistycznym ciałem, albo przeciw Kościołowi.

 

Wielu ludziom taka jednoznaczna, mocna postawa wydaje się niemożliwa.Dlatego pożyteczne wydaje się spojrzenie na tych, którzy jednak ją przyjęli: na świętych Kościoła. Fascynujące jest u nich zwłaszcza to, że kiedy opowiedzieli się radykalnie za Chrystusem, stawali się jednocześnie zdolni do radykalnego czynienia dobra – z wielką siłą i żarliwością, i ostatecznie też zawsze zwycięsko. Dlaczego? – bo płonął w nich ogień, ogień Chrystusa. Przykład świętych, którzy wszak nie spadli z nieba, lecz wzrastali tu na ziemi (często z niemałym trudem), może być dla nas natchnieniem do naśladowania ich. A przynajmniej do próbowania tego. Do tego zachęca nas też dzisiejsze II czytanie (z listu do Hebrajczyków), fragment wspaniałego hymnu na cześć bohaterów wiary Starego Testamentu.

 

 

Kto jest blisko Mnie, jest blisko ognia. Płonąć dla Chrystusa i świata – na tym właśnie polega świętość. A kryzysy w świecie rodzą się wtedy, gdy zaczyna brakować świętych. Jest za mało ognia, a za dużo lodu w ludzkich sercach. A więc to zależy od nas i od sposobu, w jaki przeżywamy naszą wiarę, czy coś w świecie zmienia się na dobre, czy też nie. To my albo rozpalamy na ziemi ogień Chrystusa, albo go gasimy.

 

 

 

 

Pracownik redakcji kwartalnika „Homo Dei” i wydawnictwa Homo Dei – Kraków

o. Janusz Serafin CSsR

***********************************************************************************************

W obronie normalności. Reszczyński w „Sieci”: Słowa abp. Jędraszewskiego padły w samą porę. Poprawnie zdiagnozował zagrożenie

autor: flickr Episkopat

wPolityce.pl

Witold Gadowski: czas cierpliwości skończył się! Pora na twardą walkę z dyktaturą LGBT



Witold Gadowski: czas cierpliwości skończył się! Pora na twardą walkę z dyktaturą LGBT

Witold Gadowski, Źródło: gadowskiwitold.pl

„Nadszedł w Polsce moment, w którym my – katolicy musimy powiedzieć sobie wyraźnie: albo damy się zepchnąć do defensywy i zastraszyć, albo twardo powiemy: nie zgadzamy się na zmienianie naszego kraju na modłę neomarksizmu, która chce nam wmówić, że mamy mniejsze prawa niż siły postępu”, pisze na łamach tygodnika „Niedziela” Witold Gadowski.

 

„To już nie jest kwestia smaku, problem łagodności i tłumaczenia czegokolwiek tym, którzy doskonale zdają sobie sprawę, do czego zdążają. Musimy zrozumieć jedną prawdę: oni nie mają dobrej woli!”, podkreśla publicysta.

 

W ocenie Witolda Gadowskiego katolicy w Polsce stanęli oko w oko z agresją homopolityki i obsesją spychania religii do czterech ścian, jakie wcześniej nie miały miejsca w Rzeczypospolitej. „Chcą nam dziś wmówić, że to, co możemy jedynie tolerować, ma być bezwzględnie szanowane i afirmowane przez wszystkich obywateli”, zaznacza.

 

„Nie jest tak, że musimy się tłumaczyć z tego, iż chcemy, aby wyznawane przez nas wartości konstytuowały sprawy publiczne Polski. Nie musimy tłumaczyć się z tego, że dla nas instytucja małżeństwa zarezerwowana jest jedynie dla związku kobiety i mężczyzny. Choćby cały świat zaakceptował publiczne parady bezwstydu i homoseksualnego nierządu, to mamy prawo twardo mówić, że nie chcemy, aby polskie ulice zmieniły się w miejsca, gdzie bezkarnie drwi się z naszych świętości i zasad, które uważamy za najważniejsze”, tłumaczy Witold Gadowski.

 

Jego zdaniem polscy katolicy muszą w końcu zorganizować się i być solidarni, ponieważ tylko w ten sposób do wrogowie Kościoła dostaną jasny sygnał, że żaden wyznawca Chrystusa Króla nie da im się zastraszyć.

 

„Czas cierpliwości skończył się. Dalsza bierność wobec coraz bardziej zdumiewających ekscesów, dalsza tolerancja dla wzmagających się żądań dewiantów mogą sprawić, że niedługo zostaną przeforsowane prawa, które skutecznie zamkną nam usta”, podsumowuje Witold Gadowski.

Źródło: „Niedziela”

*****************************************************************************************************

Siła różańca w ręku

Wciąż wracam pamięcią do wiecu poparcia i wspólnej modlitwy tysięcy Polaków, którzy zgromadzili się przed krakowską kurią, stając w obronie abp. Marka Jędraszewskiego. Gdy patrzyłem na ludzi, którzy trzymając w ręku różaniec, modlili się w obronie metropolity, miałem przed oczami sceny z filmu Mariusza Pilisa i Dariusza Walusiaka „Teraz i w godzinę śmierci”. Ten niezwykły film to historia ludzi z całego świata, którym różaniec i zaufanie do Maryi zmieniły życie, a czasami je uratowały.

Być może i ta modlitwa z różańcem w ręku w Krakowie uratuje Polskę przed neomarksistowską ideologią, która z taką furią atakuje nasze wartości chrześcijańskie. Tak jak pokazali to w filmie Pilis i Walusiak, kiedy różańcowy cud na Filipinach w 1986 r. i pokojowa rewolucja ludzi trzymających w rękach różańce obaliła dyktatora Marcosa. Tak jak kobieta z Nigerii, która porwana i torturowana przez grupę Boko Haram przeżywa dzięki modlitwie. Jak raniony w brzuch amerykański żołnierz, któremu z różańcem w ręku udaje się z nadludzkim wysiłkiem dotrzeć do śmigłowca. Tak dzisiaj my, z różańcem w ręku, modlimy się w obronie wartości, za które pokolenia Polaków oddawały życie.
***************************************************************************************************

Całkowicie wyjątkowe obchody Wniebowzięcia NMP [GALERIA]

ASSUMPTION,CHINATOWN,CHINA,NEW YORK CITY

To, co zaczęło się jako głęboka tajemnica w chińskim lesie, stało się jednym z największych wydarzeń maryjnych w Nowym Jorku. To kolejny przykład tego, jak ogromne działanie ma wytrwała modlitwa i wiara.

Kliknij tutaj, by przejrzeć galerię

Na całym świecie obchodzi się uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. W Paryżu posąg Maryi jest przewożony po Sekwanie. W Madrycie ludzie w kolorowych strojach tańczą na ulicach. Obchody w Nowym Jorku są wyjątkowe, bo zaczęły się zaledwie 25 lat temu w Chinatown. Historia zaczyna się w prowincji Fujian na chińskim wybrzeżu. Region był misyjnym terytorium hiszpańskich dominikanów pod koniec XIX wieku. Ich dziedzictwo trwa do dzisiaj, czego świadectwem jest duża populacja katolików, która mieszka tam do tej pory.Po rewolucji komunistycznej w Chinach w 1949 roku i dojściu do władzy Mao Zedonga, katolicy i inne grupy religijne zostały zmuszone do dostosowania się do rządowych standardów, które często są przeciwne wyznawanym wartościom. Ci, którzy nie zgodzili się na to, stali się początkiem podziemnego Kościoła katolickiego w Chinach.

 

Niezwykłe znaczenie Wniebowzięcia

Uroczystość Wniebowzięcia NMP nie była dobrze znana komunistom, dzięki czemu stała się lepszą okazją do dużych spotkań niż Wielkanoc czy Boże Narodzenie. W wieczór Wniebowzięcia katolicy zbierali się w lesie na procesję przy blasku świec na cześć Matki Bożej.

Pod koniec lat 80. handel ludźmi i przemyt w regionie Fujian rozwinął się na niespotykaną dotąd skalę. Osoba chcąca uciec z Chin do Stanów Zjednoczonych musiała zapłacić 20 000 dolarów. 2000 na start, a resztę po przyjeździe do Stanów. Najczęściej kończyło się to niewolniczą pracą przez kilka lat bez wynagrodzenia.

W tym czasie niewielka grupa katolików z Fujian została przemycona do Stanów Zjednoczonych i osiadła tam na stałe. W 1994 roku dotarli do kościoła Przemienienia Pańskiego w Chinatown, zwanego „kościołem imigrantów”. Poszli do ojca Raymonda Nobilettiego z prostą prośbą: chcemy pójść z procesją w dniu Wniebowzięcia, ale w ciągu dnia. Ojciec poruszony historią oczywiście zgodził się na procesję i pomógł ją zorganizować. 14 sierpnia 1994 roku wyruszyła pierwsza procesja, z wdzięcznością za wolność wyznawania swojej wiary.

Wieść o tym wydarzeniu rozniosła się błyskawicznie w społeczności chińsko-amerykańskiej. Dzisiaj, 25 lat po pierwszej procesji, tysiące osób modli się różańcem w języku kantońskim, a orkiestra marszowa gra Salve Regina podczas 2 godzinnego przemarszu dolnym Manhattanem.

To, co zaczęło się jako głęboka tajemnica w chińskim lesie, stało się jednym z największych wydarzeń maryjnych w Nowym Jorku. To kolejny przykład tego, jak ogromne działanie ma wytrwała modlitwa i wiara.